„Za górami, za lasami, za zamkami” – relacja z wycieczki cz. 1 (Jura krakowsko-częstochowska)

Nasza tygodniowa wycieczka zaczęła się zbyt późno… To znaczy, obudziłam się, zobaczyłam, która już jest godzina i zamarłam. Bo niby dlaczego budzik o 7 rano nie zadzwonił??? Okazało się, że miałam ustawione wyciszenie dźwięków w niedzielę do godz. 9.00, niby logiczne, nie? haha Także z porannym ogarnięciem się i całym pakowaniem bagaży na motocykle – gotowi byliśmy jakoś koło południa. Na szczęście kilometrów na pierwszy dzień przewidzieliśmy ok. 360, a w tym dojazd do Będzina i zwiedzanie 3 zamków w okolicy.

Podróż docelowa całkiem szybko zleciała. W Będzinie gościnnie zaopiekował się nami Szczepan ze Stowarzyszenia Motocyklowego Wyciągnięte ze Stodoły (https://www.facebook.com/Stowarzyszenie-Motocyklowe-Wyciagniete-ze-stodoly-1697656967123775/). Mogliśmy u niego zostawić rzeczy, poznać rodzinę, zjeść pyszną kolację, a rano ruszyć w dalszą trasę. Bardzo fajny z niego człowiek, nauczyciel i działacz. Dzięki niemu młodzież ma możliwość rozbierania i składania starych motocykli, jeżdżenia nimi, a nawet startowania w zawodach. Najbliższe odbędą się już 30 czerwca, będzie to Wojkowicka Motocyklowa Inicjatywa Błotna, może ktoś się skusi??

Po zapoznaniu z naszym gospodarzem ruszyliśmy w stronę zamków w Bobolicach, który wyróżnia się tym na Jurze, że pięknie jest odnowiony. Zupełnie przez przypadek wpadliśmy także na ruiny zamku w Mirowie obok. Drogi raczej proste, ale ciekawie porozrzucane są skały wapienne. Zamek w Bobolicach jest częścią fortyfikacji granicy tzw. „Orlich Gniazd”. Zamek zmieniał swoich właścicieli, a po zmiennych losach wojennych popadł w ruinę. Z własnych środków odbudowała go rodzina Laseckich, przywracając do kształtu zbliżonego do tego z XVI wieku (co ma swoich zwolenników i krytykujących te działania historyków). Sam zamek robi wrażenie ładnym położeniem na wzniesieniu i zachowanym klimatem wnętrz. Ma swoją legendę o Białej Damie i skarbie, który jest ponoć w tunelu pomiędzy zamkiem w Bobolicach a zamkiem w Mirowie.

Kolejnym odwiedzonym miejscem był Ogrodzieniec, gdzie z zamku pozostały ruiny, ale w takim stanie, że można jeszcze je zwiedzać wewnątrz. Wrażenie robi głównie jego wielkość i okoliczne formacje skalne. Niezbyt podobało mi się połączenie zamku z parkiem rozrywki obok, ale być może to dobry (i komercyjny) sposób na łączenie historii z obecnymi czasami. Historia zamku sięga 1241 roku, jednak ruiny, które po nim pozostały to już zarys zamku renesansowego z 1545 roku. Zamek ucierpiał w wojnach, wielkim pożarze i przez nieodpowiedzialnych właścicieli. Obecnie ma formę tzw. trwałych ruin, a dzięki ułatwieniom dostępu (schody, barierki) można go obejść prawie w całości. To miejsce ma klimat, to niby same ruiny, ale wciągające na tyle, że chce się wejść w każdy ich zakamarek.

Wróciliśmy do Będzina dość fajną drogą 790. Rano podjechaliśmy odwiedzić tamtejszy zamek, ale niestety w poniedziałki ze zwiedzania nici, bo zamknięte. A szkoda, bo powierzchownie super się prezentuje – będzie pretekst, żeby wrócić.

Podobnie było z zamkiem w Wiśniczu, do którego się nie dostaliśmy.

Nieco lepiej w Zamku na Pieskowej Skale, gdzie chociaż otwarty w poniedziałek był dziedziniec i taras widokowy. Zdjęcia z wnętrz i zadbany ogród jednak obrazują, że warto tam wrócić w inny dzień. Potem pojechaliśmy bardzo ładną drogą 773 (a potem w dół w stronę Wiśnicza), gdzie miejscami domki wkomponowane były w skały, no i było kilka fajnych zakrętów.

Przez te zamknięte zamki pozostał nam jakiś niedosyt, ale na mijanym znaku zauważyłam, że jesteśmy już całkiem niedaleko Limanowej, gdzie powinna być jakaś fajna i kręta trasa, bo tam rozgrywa się samochodowy wyścig górski. Wygooglowałam, gdzie ta droga i zrobiliśmy sobie dodatkowy objazd z niespodzianką. Nieco się umordowaliśmy w jakiś korkach i mijankach, ale było warto! Trasa jest przecudna! Idealny asfalt, genialne, szeroki i zabezpieczone zakręty – spełnienie marzeń wyścigowych, jak i tych zwyczajnych motocyklowych.

Nasza wycieczka początkowo miała obejmować Jurę i Tatry, ale jak zobaczyliśmy, że tak blisko będziemy Bieszczad – to postanowiliśmy odwiedzić tam zaprzyjaźnioną Myczkowiankę. Jednak potem było już tylko nudno, trasa w Bieszczady to dużo prostych, dużo terenu zabudowanego i do tego mega korek pod Nowym Sączem. Początkowo się nieco przepychałam, ale jak raz czy dwa razy było tak ciasno, że na lusterka – to dałam sobie spokój. Bo nie po to jadę na wakacje, żeby się stresować czy uszkodzić sobie motocykl, a komuś samochód. Przeturlałam się do ronda, a potem już jakoś szło.

Niestety coraz bardziej wjeżdżaliśmy w czarne chmury i zaczęło padać. Zatrzymałam się przy jakiejś budowie, żebyśmy mogli ubrać kombinezony przeciwdeszczowe. Okazało się, że tam właśnie budowana jest stacja benzynowa i ma już nawet zadaszenie. Sam właściciel podszedł do nas i zaprosił nas pod daszek. Bardzo sympatycznie. Przebraliśmy się i kolejną godzinę jechaliśmy w bardziej lub mniej padającym deszczu. Prędkość spadła, to i kilometry powoli ubywały. Bolała mnie szyja, ramiona, tyłek i miałam dość. Przy życiu trzymała nas myśl, że na kolację będzie smażona rybka w Myczkowiance, a tablica z nazwą miejscowości była prawdziwym wybawieniem.

C.D.N.

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii Wycieczki małe i duże, Za górami, za lasami, za zamkami | Dodaj komentarz

Czeska strona szczęścia

Zwykle w weekend odwiedzam Kotlinę Kłodzką, więc niedziela stała się pretekstem, by przekroczyć granicę, która jest już „rzut beretem”. Uwielbiam Czechy, głównie za jakość asfaltu, ale także za: Kofolę, ciemne piwo, smażony ser i lentilki 🙂 . Wytyczając trasę kierowałam się głównie krętością asfaltów, więc na pierwszy ogień poszła droga 44. Wyjechaliśmy z Emilem jakoś ok. 11, a do przejechania ok. 130 kilometrów było.

Tego co zobaczyliśmy na drodze 44, kompletnie się nie spodziewaliśmy! W niedzielę ujeżdżało tą trasę ok. 60 motocyklistów, a w tym ok. 1/3 polskich. Na dół, nawrotka, do góry nawrotka i tak w kółko! Samochody to na tej drodze prawdziwe zawalidrogi, ale na szczęście nie były też, jakoś specjalnie liczne.

Jechałam na dół, tak raczej na spokojnie, bo nie czuję się pewnie na ER-6n w serpentynach (najkrętsze swoje wycieczki pokonywałam Yamahami serii MT, które same po prostu się składają), a poza tym z każdej strony atakowali mnie „szybcy i wściekli”, schodzący na kolanko. Mieliśmy ze sobą kamerę, więc zamontowaliśmy ją na motocyklu Emila, który postanowił jeszcze się trochę w tych zakrętach poskładać i powstał mały filmik z przebiegu trasy, który możecie obejrzeć na facebooku facebook.com/pamietnikmotocyklistki.

Pojechaliśmy dalej, by skręcić w boczną trasę przez góry, a potem jeszcze jedną w miasteczku Branna (gdzie wpadam zwykle pooglądać wyścig miejski). Z dużym niedosytem wróciłam z Czech, bo widoki były powalające, jednak niepozwalające na bezpieczne zatrzymanie się i robienie zdjęć (wąsko, stromo, kręto i linie ciągłe).

Wróciliśmy naszą, polską serpentyną Orłowiec-Złoty Stok, jednak najpierw musieliśmy przetrwać te „wyrypy”, bo trasa niestety nie jest wyremontowana w całości. Jest czego zazdrościć Czechom, bo dbają o swoje drogi wyjątkowo!

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii Wycieczki małe i duże | Dodaj komentarz

I znów rajdowy weekend

Kalendarz RSMP w tym roku jest dość nietypowy, bo dwa rajdy rozgrywane na Dolnym Śląsku odbyły się jeden po drugim (zwykle były wiosną i jesienią). W sobotę pracowałam, więc ok. godz. 17 mogłam wyruszyć do Kotliny Kłodzkiej. Zdecydowanie miało to swoje plusy, bo 8-mka nie była mocno oblegana i po wyprzedzeniu paru maruderów, mogłam się cieszyć pustą drogą i zakrętami.

Tuż pod domem rodzinnym mijały mnie nawet rajdówki, które zmierzały na wieczorny odcinek. Zatrzymałam się na chwilę, a przejeżdżający kierowcy mi machali – poczułam się, jakbym się cofnęła do czasów dzieciństwa. Bo to właśnie sympatyczni zawodnicy i autografy od nich sprawiły, że na serio zainteresowałam się rajdami – przez wiele lat jeździłam na nie z przyjaciółmi po całej Polsce, a nawet w świat. Teraz to już przeszłość, ale sentyment do rajdówek pozostał…

Wstałam rano w niedzielę dość wcześnie (jak na weekend), by znaleźć się na odcinku, który startował o 9.30. Mapy google poprowadziły mnie jakimiś skrótami, wąziutką drogą z piękną panoramą na kotlinę. Pod odcinkiem (jak zwykle haha) złapałam dobry kontakt z parą policjantów, zaparkowałam i ulokowałam się przy trasie. Zakręt był całkiem fajny, jedna załoga go nawet „przestrzeliła”, ale przed samochodami historycznej części rajdu postanowiłam przemieścić się nieco dalej.

Znienacka na mojej drodze pojawił się jakiś kibic i mówi, że w sumie to się znamy, choć tylko wirtualnie (oj, ta sława hahaha). Okazało się, że to faktycznie wieloletni znajomy, który przesyłał mi galerie rajdowe, gdy jeszcze prowadziłam stronę o rajdach. A i teraz chętnie czytający, i komentujący mojego, motocyklowego bloga. Nie miałam pojęcia, jak wyglada, aż tu nagle po latach na siebie wpadliśmy – sympatycznie.

Kolega pojechał dalej, a ja szukałam dla siebie lepszego miejsca na odcinku i czasem nagrywałam jakiś filmik z przejazdu. Udało mi się uchwycić, jak Polonez o mały włos nie wylądował na dachu w rzece (filmik znajdziecie na facebooku). Na szczęście kibice byli zdeterminowani i mimo kilku nieudanych prób, walczyli uparcie, aż wytargali go z powrotem na drogę, dzięki czemu mógł ukończyć rajd.

Wyskoczyłam do domu na obiad i na kolejny, ostatni już odcinek rajdu. Trasa była w lesie i prowadziła do niej tylko jedna malutka dróżka. Nic jednak nie wskazywało, że to będzie droga usłana wielkimi kamieniami (szutrowa, ale z grubego materiału). Jechało się tragicznie! Koła się uślizgiwały, więc był niezły taniec, a na dodatek zatrzymałam się na chwilę, żeby na podjeździe ominąć rozkopaną koleinę (która mogła mnie wciągnąć) i zgasł mi motocykl! Znów poczułam się tak, jak jakieś 7 lat temu, gdy uczyłam się jeździć w terenie. Na szczęście umiejętności mam już nieco inne i choć ostro pod górkę, to udało mi się ruszyć dalej. Po drodze wyprzedził mnie inny motocyklista i coś krzyknął, że ciężko jest, ale damy radę! Po dojechaniu na miejsce droga była już o niebo lepsza (bo ubita), ale już postanowiłam, że wracać będę asfaltem, jak po rajdzie drogę otworzą.

Po zaparkowaniu okazało się, że ten motocyklista też mnie zna! No nie! haha Jakieś 4 lata temu jechaliśmy razem w grupowej wycieczce na 100 zakrętów. Obydwoje mieliśmy wtedy inne motocykle. Sławek przyjechał na rajd, aż ze Zgorzelca i miło sobie czas na odcinku razem spędziliśmy. Potem on pojechał na metę, a mnie czekała jeszcze 2-godzinna trasa do domu. To była super niedziela, zachwycające krajobrazy, zaskakujące spotkania i nieco sentymentalnego powrotu do przeszłości….

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii Wycieczki małe i duże | Dodaj komentarz

Plan wycieczki motocyklowej – „Za górami, za lasami, za zamkami”

W czerwcu razem z Emilem ruszamy na wycieczkę-tygodniówkę, ok. 1500 km, po Polsce i terenach przygranicznych. Plan obejmuje odwiedzenie następujących punktów:

POLSKA
1. Zamek Bobolice
2. Zamek Będzin lub Ogrodzieniec
3. Zamek Pieskowa Skała
4. Zamek w Wiśniczu
5. Pauza w Myczkowianka (Bieszczady)
6. Zamek Dunajec w Niedzicy
SŁOWACJA
7. Dookoła Tatr
(Rozważam Słowacki Raj na 1 dzień)
8. Zamek Orawski
POLSKA
9. Beskidy
https://goo.gl/maps/NN6MSRQssKF2

Nie jest to ostateczny plan, elastycznie do niego podchodzę 🙂

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii Za górami, za lasami, za zamkami | Dodaj komentarz

Międzynarodowy Dzień Motocyklistki

Dzień Motocyklistki, to nie jest takie święto, kiedy wszystkie motocyklistki mają wolne w pracy, a szkoda… Obchodzić je mogłam dopiero po 16, więc razem z Martą włożyłyśmy nasze „świąteczne” wdzianka i wyruszyłyśmy do Wrocławia, gdzie motocyklistki od rana już świętowały. Dziewczyny pojechały na kilkugodzinną, wspólną wycieczkę, a potem bawiły się grillu pod siedzibą Harleya.


fot. Andrzej Turczyn

Przywitałyśmy się z dziewczynami, trochę „pozwiedzałyśmy”, ale jednak jazdy nam brakowało, więc postanowiłyśmy jeszcze nieco polatać. Zaczepiłyśmy o Zamek Topacz obok i całkiem okrężną drogą ruszyłyśmy w stronę domu. Po drodze mijałyśmy „ciekawy” przypadek rzygania przez otwartą szybę w samochodzie podczas jazdy… A była dopiero ok.20 haha.

Chciałam odtworzyć trasę, jaką kiedyś jechałam z mapami google, ale ona miała zupełnie inne zdanie w tym temacie. Najpierw uparcie wysyłała nas na główne trasy, a potem przegięła w drugą stronę, bo wysłała nas na drogę, gdzie asfaltu nie było wcale. Dotarłyśmy do domów ok. godz. 21, a przy okazji wyszła całkiem urocza sesja naszych motocykli z różowymi chmurkami.

p.s. Ostatnie zdjęcie przerobiła Marta.

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii Wycieczki małe i duże | Dodaj komentarz

Majówka

Nie miałam jakiegoś genialnego planu na majówkę, bo ostatnio narzekałam nieco na brak wolnego czasu na tzw. leniuchowanie. Postanowiłam się nie spinać, że coś „muszę” i więcej się obijać, niż czas ten zaplanować. Weekend przemknął mi przeplatany rodzinnymi imprezami i grillami (ok 300 km przy okazji nawinięte z punktu A do B), a we wtorek powstał spontaniczny plan wzięcia udziału w weselnej paradzie.

Napisała do mnie Marta, że w naszym mieście zbiera się ekipa, by zrobić motocyklowe „łutututu” pod kościołem, gdzie ślub bierze motocyklista. Imiona pary młodej poznałam wprawdzie z etykiety ślubnej flaszki (którą każdy otrzymał), ale fajnie, że się załapałam po raz pierwszy na takie wydarzenie. Chwilę przed wyjazdem Marta wymyśliła, że może byśmy się jakoś na tą weselną okazję ustroiły? Poszperałyśmy w szafach i znalazły się kolorowe spódniczki, hawajskie naszyjniki oraz tasiemki.

Spotkaliśmy się na stacji benzynowej, gdzie zjechało się 16 motocykli z okolicy. Było też kilka dziewczyn, ale tylko ja i Marta na własnych motocyklach. Najwięcej było ścigaczy, więc nieco zaczęłam się martwić, jakie będzie tempo tej parady, ale organizator zapewnił, że ogarnie towarzystwo. Faktycznie tempo było spoko, hałasu mnóstwo i ogólnie robiliśmy wrażenie.

Tuż pod miejscowością nagle wszyscy zaczęli hamować, bo o mały włos nie wpadliśmy na policyjny patrol – grzecznie dojechaliśmy więc pod kościół. Musieliśmy chwilę poczekać na zakończenie mszy, potem to już było „łutututu” i palenie gumy 🙂 .Weselna sala była obok, tam odprowadziliśmy młodą parę i każdy otrzymał swój % z wesela.

Szkoda było tak pięknego dnia, by jechać do domu, więc z Martą postanowiłyśmy kontynuować szukanie zamku dla „motocyklowych księżniczek”. Zostałyśmy w kolorowych ozdobach, bo w końcu był 1 maj i trzeba wnieść w życie nieco radości. Wszyscy się uśmiechali na nasz widok (nawet policjanci), dzieciaki się cieszyły i ludzie machali. W sumie to stwierdziłyśmy, że musimy robić takie przebieranki częściej, bo ocieplamy tym samym motocyklowy wizerunek.

Tylko te zamki nieco słabe były, tzn pierwszy był fajowy, ale otwarty tylko w czasie wynajęcia na imprezy. A drugi, jak to Marta stwierdziła: „jakiś jaki ubogi” 🙂 . W tym przypadku muszę przyznać, że nie liczył się cel, ale droga – bo te były świetne. Czasem wąskie i odludne, czasem gładkie i kręte, a i pogoda nam dopisywała.

p.s. Nakleiłam już nowe paski na felgi Barracudy, które dostałam w prezencie od moto-style.pl. Świetnie się trzymają i dobrze wyglądają:

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii Wycieczki małe i duże | Dodaj komentarz

Znajdź różnicę :-)

Kto ma rację?

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii Mam prawko | Dodaj komentarz

Rajdowa niedziela

Z sentymentu do mojej dawnej pasji, która mnie pochłaniała totalnie – wybrałam się na Rajd Świdnicki. Tak tylko symbolicznie, na jeden najbliższy odcinek, pod Świdnicą. Namówiłam Justynę, żeby ze mną pojechała, bo mieszka bardzo blisko trasy rajdu.

Dojechałam do Świdnicy, a potem już razem ruszyłyśmy w stronę odcinka. Po drodze nieco się pokręciłyśmy, ale udało się namierzyć start. Zaparkowałyśmy tuż obok… patrolu policyjnego. Ja tam mam zawsze o policjantach dobre zdanie, bo każde z nimi spotkanie miałam sympatyczne. Tak było i tym razem, pan sam nas zagadał, a rozmowa tak się rozkręciła, że musiałam przypomnieć, że zaraz startują 🙂 .

Musiałyśmy kawałek podejść, minąć linię startu i wejść do lasu, gdzie była partia zakrętów. Oczywiście pierwsze załogi w stawce robią piorunujące wrażenie, potem już więcej gadałyśmy, niż oglądałyśmy. Na koniec miał jechać rajd historyczny – to zeszłyśmy na start bliżej się przyjrzeć tym perełkom.

Potem dopadł nas głód i Justyna zaprosiła mnie do siebie na placki ziemniaczane własnej roboty. Było pysznie i nadrobiłyśmy wszystkie zaległości w rozmowach po zimowej pauzie motocyklowej. Usłyszałyśmy przez okno rajdówki i się okazało, że zjeżdżają się na metę w rynku – to tam też na chwilę poszłyśmy. Ładny ten ryneczek, a i ludzi na mecie było sporo.

Droga do domu fajnie zleciała, pogoda dopisała, więc niedzielę uważam za bardzo udaną!
A dzień wcześniej ściągałam swoje stare paski z felgi, zmyłam klej i odtłuściłam, żeby przykleić nowe, takie odblaskowe. Jednak po niedzielnym wyjeździe okazało się, że nie zbyt dobrej jakości, bo mi w czasie jazdy…. poodpadały!

Byłam też na przeglądzie, co uwiecznił na zdjęciu (po kryjomu) jeden z pracowników 🙂 Tuż przed nim mało nie dostałam zawału, bo sprawdzam światła i… kierunkowskaz ledowy z tyłu nie działał! Już tak kiedyś miałam i wystarczyło styki docisnąć. Ściągnęłam kanapę i dupa! Nie działa i już. Ostatni dzień przeglądu, śpieszę się do pracy na popołudnie, a tu taka niespodzianka! Na szczęście pan od przeglądów już na starcie powiedział, że też jest motocyklistą, więc była szansa na opanowanie sytuacji. Sam próbował mi usterkę usunąć, a gdy się nie udało to sprawdził wszystko inne, podbił mi przegląd, ale z adnotacją, że kierunkowskaz nie działał, ufffff. Przy okazji miło sobie z Marcinem o motocyklach i podróżowaniu porozmawiałam.

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii Wycieczki małe i duże | Dodaj komentarz

Spontan Żmigrodzko-Milicki

W ubiegłą sobotę był czas na jazdę motocyklami, więc szukaliśmy ku temu celu czy okazji. Okazało się, że całkiem niedaleko – w Żmigrodzie jest motocyklowe rozpoczęcie sezonu. Niewiele było informacji o przebiegu tej imprezy, więc potraktowaliśmy ją jako wstęp do dalszej jazdy. Wyjechaliśmy na 3 motocykle, a na miejscu dołączyły jeszcze 2. Impreza zgromadziła nieco motocyklistów, organizator zapewnił darmowego grilla i konkursy z nagrodami.

Całość zakończyć się miała na paradzie, jednak my na nią nie wyjechaliśmy, bo Emil utknął na stacji benzynowej i ekipa nam odjechała. Postanowiliśmy ruszyć w dalszą trasę, którą wstępnie nakreślił Tomek. Znalazł w necie trasę „5 mostów”, która jednak dedykowana była rowerzystom, więc stan nawierzchni dróg był wielką zagadką.

Kilkanaście kilometrów po starcie okazało się, że trasa obfituje w przejazdy drogami z kamiennej kostki i to nie tej drobnej, tylko konkretnej, co wytelepie po całości. Postanowiliśmy wrócić drogą S5 i wystartować od nowa, ale w stronę Milicza. Jazda eSką to dla mnie „mordownia” – przypomniałam sobie jak bardzo nie lubię jeździć motocyklem ekspresówkami i autostradami. To zabija we mnie całą przyjemność z jazdy, szybko, głośno, prosto, nudno i głowę chce urwać. Potem było już tylko lepiej – fajne, kręte drogi przez odludne momentami tereny, wśród jezior i bagien.

Celem był Milicz – ruiny Zamku Książąt Oleśnickich i zaraz obok Pałac Maltzanów z pięknym parkiem. W pałacu obecnie jest Zespół Szkół Leśnych, a dzięki wskazówkom miejscowych, na jego teren mogliśmy wejść bocznym wejściem.

Była kiełbaska, to jeszcze przydałby się jakiś deser, więc kolejny przystanek był w rynku z przerwą na kawę i ciacho.

Udaliśmy się potem na taką małą brukowaną drogę pomiędzy jeziorami, na której byliśmy jakiś czas temu i był tam wtedy całkowity zakaz wjazdu. Teraz z jednej strony droga jest otwarta całkiem, a z drugiej mogą tam wjeżdżać motocykle. Super wrażenia!

Po drodze zahaczyliśmy jeszcze wieżę widokową nad stawem Grabownica. Nie obyło się bez małego błąkania po okolicy, ale na koniec udało się praktycznie pod nią podjechać.

Po powrocie na miejsce, gdzie zaparkowaliśmy motocykle – czekała mnie przykra niespodzianka! Zawsze wożę ze sobą podkładkę pod stopkę motocykla i podkładam ją, gry teren jest nieco grząski. Nie spodziewałam się jednak, że taka podkładka może najzwyczajniej pęknąć, czego skutkiem jest wywrotka motocykla! Strasznie się zdenerwowałam! Klamki na szczęście całe, oberwał kufer – uszkodziła się zasuwka, a z jednej lagi wyciekło nieco oleju. Dało się dalej jechać, ale „wkurw” na podkładkę sygnowaną marką Louis pozostał… Zamek jest w zakładzie, który spróbuje tworzywo pospawać, a na wymianę oleju i uszczelniaczy muszę uzbierać kasę.

W drodze powrotnej jechało się dość ciężko, bo słońce było nisko i momentami nic nie było widać. A na zwieńczenie wycieczki zaliczyliśmy jeszcze jedne „kocie łby”. Tu kilka ujęć z kamery Tomka:

Dziękuję ekipie za super dzień i wycieczkę!

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii Wycieczki małe i duże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Zamkowa niedziela z Martą

Wreszcie mamy wiosnę, a czasami to myślę, że wczesne lato – bo gdzieś się zatarły te temperatury przejściowe. Sobotę miałam pracującą, ale już niedzielę w pełni mogłam przeznaczyć na jazdę motocyklem. Większość znajomych jechała do Częstochowy, ale mnie jakoś nie ciągnie na, aż tak masowe imprezy.

Zapytałam koleżankę Martę, czy ma czas w niedzielę, a jak potwierdziła to powstał plan zupełnie babskiej wycieczki. Dlaczego? Bo babskie wycieczki są spontaniczne, przeplatane kobiecym spojrzeniem na świat i naszą pasję. Czasami mam ochotę przebywać w gronie samych motocyklistek. Zapodałam posta na motocyklowych grupach i zgłosiły się dziewczyny chętne na wspólne jeżdżenie, ale niestety bez czasu w tą akurat niedzielę. Ostatecznie wyjechałyśmy dwie.

Plan wycieczki powstał z mapami google. Od sierpnia mieszkam w Brzegu Dolnym, więc zakres moich wyjazdów poszerzył się o woj. wielkopolskie. Co robi blondynka szukająca inspiracji na wyjazd? Wpisuje zamek lub pałac w mapach i google wskazuje takie punkty w okolicy. Potem trzeba połączyć te kropki z pominięciem głównych tras i już jest ciekawa wycieczka! Niestety nie wszystkie miejsca google oznacza, więc po wyczerpaniu tej metody trzeba już szukać ciekawych miejsc na stronach www.

Ruszyłyśmy o 12 w kierunku Milicza, nie obyło się bez zawracania, bo musiałyśmy złapać stację benzynową, a trasa zaczęła zbaczać na „zadupia”. Jednak nic nie dzieje się bez powodu, bo zupełnie przypadkiem wpadłyśmy na Żmigrodzki Zespół Pałacowo-Parkowy. Stoją tam ruiny, spalonego przez armię radziecką, zamku oraz całkiem zachowana baszta, która jest punktem informacji turystycznej. Ruiny zamku są tak zabezpieczone, że można do nich wejść i wspiąć się schodami. Na naszej trasie było kilka punktów, więc nie miałyśmy czasu na dokładne zwiedzanie. Jednak z pewnością każdy z nich jest wart powrotu i dokładniejszej analizy 🙂 .

Trasa wiodła przez Milickie Jeziora, droga jest tam świetna, jednak zupełnie uniemożliwiająca bezpieczne zatrzymanie się i znalezienie ładnej panoramy. Potem skręciliśmy na mniejsze drogi, o różnym stanie nawierzchni, czasem tak wąskie, że motocykl z samochodem ledwo się mijał. Małe wioseczki, lasy, super klimaty!

Dotarłyśmy do punktu, w którym znajdować się miały ruiny zamku w Starym Sielcu. Droga do niego prowadziła przez prywatny teren małego dworku, a że to jedyna droga to przymknęłyśmy oko na mały znak zakazu na bramie i tam wjechałyśmy. Niestety na zewnątrz była jakaś pani i bez krzyku, ale jednak stanowczo wyprosiła nas z terenu. Spytałam jeszcze, jak się dostać do zamku inaczej, to odpowiedziała, że niektórzy wchodzą jakoś z drugiej strony. Odpaliłam mapy google i znalazłam ślepą drogę, na którą się udałyśmy.

Po drodze zaczepiłyśmy rowerzystów, którzy powiedzieli nam, że pani dzierżawi teren, ale ruiny zamku już nie. Można się do nich dostać idąc wzdłuż lasu, a droga asfaltowa zamieni się w polną. Pojechałyśmy. Piach był momentami grząski, ale też i ubity – trzeba było zmieniać tor jazdy i udało się bezpiecznie podjechać. Tyle, że droga zamiast wieść do lasu, odbiła w drugą stronę, a z tego miejsca zamek był dość głęboko w gęstwinie. Odpuściłyśmy sobie ten punkt. Ja jeszcze tam wrócę, tylko podjadę pod pierwszy wjazd i po prostu obejdę zabudowania.

Rowerzyści powiedzieli nam, że ładny pałac jest jeszcze w Smolicach, więc tam też podjechałyśmy, choć obiecanej kawy tam nie było. Za to był imponujący, 18 hektarowy park! Sam pałac pochodzi z konca XVIII wieku, jest siedzibą firmy oraz są tam lokale mieszkalne – nie widziałyśmy żadnej możliwości wejścia do środka.

Naszym głównym celem był jednak Hotel-Zamek w Rydzynie. Zobaczyłyśmy tam duży kompleks budynków, a sam zamek powstał XVII wieku. Działania wojenne nieco go splądrowały, jednak miał to szczęście, że trafiał w ręce ludzi, którym zależało na odtworzeniu jego dawnego stanu. W zamku jest hotel, sale konferencyjne i restauracja, a na zewnątrz bardzo ładny park. Udałyśmy się na zasłużoną i wyczekiwaną kawę, choć historyczne wnętrza restauracji nieco kontrastowały z naszym wyglądem i wzbudziłyśmy ogólne zainteresowanie innych gości haha. Wychodząc zobaczyłam… Rzymianina, yyyy, serio 😀 . Okazało się, że panowie obstawiali jakąś wystawę. Marta zapytała, czy możemy zrobić sobie z nimi zdjęcie, no i mamy takie na pamiątkę!

Dochodziły do nas wieści, że po okolicy szaleją burze, co zmotywowało nas do odwrotu, szczególnie, że godzina też już późna była, a do domu jakieś 80 km. Do tego padł mi telefon, a w nim była nawigacja. Marty telefon nie mieścił się w moim etui, a już zaczynało kropić. Musiałyśmy jechać z pamięci i na znaki, jak w czasach, gdy nawigacji jeszcze nie wymyślono haha. Trochę prowadziłam ja, trochę Marta, aż w końcu stało się… Dopadła nas mega ulewa, a momentami to chyba nawet grad. W takiej sytuacji od razu szukam przystanku autobusowego, niestety po drodze mijałyśmy tylko takie z samym słupkiem. Wreszcie z boku dojrzałam jeden, zaczęłam zwalniać, co na szczęście dojrzała Marta, która jechała przodem. Pokazałam jej, że zawracamy i wpakowałyśmy się pod wiatę przystanku. Była mi bardzo wdzięczna, bo miała na sobie skórzany strój, bez membran w jakie wyposażone jest moje ubranie. Gdyby jej namokło, to godzina jazdy, w 10 może stopniach, dobrze by się raczej nie skończyła.


Plus tej sytuacji był taki, że wiał wiatr i szybko przeganiał chmury. Poza tym trasa jakoś tak nas poprowadziła, że raz pioruny waliły po prawej stronie, raz po lewej, a my jakoś tak środeczkiem, suche do domu! Dojechałyśmy na 19. Marta zaproponowała, że podrzuci mnie z garażu do domu. Przyjęłam to początkowo z lekkim niedowierzaniem, ale okazało się, że ona ma już spore doświadczenie z „plecakami”, więc nie zostało mi nic innego jak jej zaufać. Tym samym przejechałam się SV-ką, która jest zdecydowanie głośniejsza, twardsza i bardziej wibrująca od mojej ER-6, przy czym jest też większym agresorem (choć oczywiście do poskromienia, co Marta udowadnia, bo to jest jej pierwszy motocykl).

Wycieczka była udana, wielokrotnie łapałam się na tym, że gęba mi się w kasku cieszy. Towarzyszka dobrana idealnie! Było wesoło i spontanicznie. To pierwszy dłuższy wypad turystyczny w tym sezonie i to jest właśnie to, co lubię robić najbardziej!

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii Wycieczki małe i duże | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Pełny serwis i Zamek Oleśnicki

Gdy tylko sprzyjająca pogoda wróciła na chwilę, to Emil wymienił mi olej, a potem zawiozłam motocykl na wymianę opony przedniej (tylną wymieniłam jesienią), napędu oraz kierownicy. Na szczęście dotarły też risery – podwyższenie kierownicy, które jednocześnie przesuwa ją bliżej. Zamówiłam risery Chinach, przesyłka szła 2,5 miesiąca, a koszt to 90 zł. Niewiadomą jednak był fakt, czy po założeniu riserów z wyższą kierownicą (medium), przewody w motocyklu nie staną się zbyt krótkie.

Okazało się, że wszystko jest na styk. Wsiadłam na motocykl i był efekt „wow”! Mam na nim bardziej wyprostowaną pozycję i nie muszę już „kłaść się” na baku. Mam nadzieję, że teraz ból operowanej ręki nie będzie mi już dokuczał.

Po serwisie motocykl całkiem inaczej się prowadzi. Nowa kierownica i opona o wiele mocniej reagują – teraz do złożenia motocykla wystarczy niewielki przeciwskręt. Zębatki też były na wykończeniu. Następne sprawy do wymiany to przewody (na stalowe) oraz olej w lagach. Zostawię to sobie na drugą połowę sezonu, bo mam odpicowany motocykl, ale jestem spłukana haha.

Wybraliśmy się też na krótką wycieczkę do Zamku Oleśnickiego, żeby rozgrzać olej przed wymianą 😉 . Zamek całkiem fajnie się prezentuje, choć większość jego pomieszczeń jest użytkowanych. Do otwartego zwiedzania jest przeznaczonych tylko kilka pomieszczeń. Krużganki, zdobione sufity i… wypchana głowa słonia – robiły wrażenie.

Sala Piłsudskiego:

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii Wycieczki małe i duże | Otagowano | Dodaj komentarz

VIII Targi motocyklowe we Wrocławiu

10 powodów, dla których warto odwiedzać targi motocyklowe:

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Moją, pełną relację z targów znajdziecie na: www.motocaina.pl

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii Mam prawko | Dodaj komentarz