Ostatnie podrygi sezonu

Prognozy nie są optymistyczne, na sobotę zapowiadają temperatury blisko zera i nawet opady śniegu. Tym bardziej się cieszę, że udało mi się jeszcze trochę pojeździć. Dwa tygodnie temu, razem z Agnieszką, Ewą, Emilem i Witkiem zrobiliśmy ok. 200 km po pięknych, mało uczęszczanych drogach Parku Krajobrazowego Doliny Baryczy.

Zatrzymaliśmy się potem na kawę i ciacho w Miliczu i odwiedziliśmy naszą koleżankę-motocyklistkę, która właśnie wyszła ze szpitala. Pogoda była świetna (póki nie zaszło słońce hahaha). Zdjęć nie mam z trasy, bo mało się zatrzymywaliśmy.

Ostatni weekend już mniej rozpieszczał temperaturą. Sobota była garażowa – postanowiłam umyć dokładnie motocykl oraz założyć naklejki na felgi, co mi doleciały z Chin (komplet napisów na koła kosztuje 46 zł/4 zestawy). Przód naklejał się świetnie, ale z tyłem nieco walczyłam, bo większe litery zachodziły na próg i nie chciały się dobrze układać. Jednak warto było, bo efekt bardzo mi się podoba.

W niedzielę było słonecznie, nie miałam jednak zbyt dużo wolnego czasu, więc wyskoczyłam sobie na 3 godzinki, przejechać się i poćwiczyć robienie selfie z pilotem bluetooth. Oczywiście, jak na blondynkę przystało, telefon mi upadł (pierwszy raz) i od razu poszła rysa po szybie. Mam folię hybrydową, ale ona nie uwzględnia zaokrąglonych krawędzi ekranu i akurat w tym miejscu musiał się zderzyć z asfaltem! Na szczęście defekt jest jedynie kosmetyczny i nie ma wpływu na działanie telefonu i aparatu.

Co do zdjęć, to trzasnęłam ich chyba z 50, z czego te poniższe wyszły mi „jakotako” 🙂

Nie wiem, czy pisałam – ale kot Bonifacy przesiadł się na drugiego Versysa w rodzinie, a ze mną jeździ już tylko Majk:

LwG i widzimy się pewnie wczesną wiosną (chyba, że pogoda jeszcze raz mnie zaskoczy, tym razem pozytywnie!)

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii Majk | Otagowano | Dodaj komentarz

11 listopada na motocyklowo

11 listopada wykorzystaliśmy słoneczny dzień i 9 stopni temperatury na małą wycieczkę. W Miliczu spotkałam się z Sylwkiem i Iwoną, a potem dołączył do nas Daniel. Najpierw wyskoczyliśmy na wieżę widokową w Grabownicy, a potem na obiadek. Jak jesteśmy przy stawach milickich to zawsze wpadamy na rybkę „U Bartka”, bo jest tam bardzo dobra.

Potem wyskoczyliśmy jeszcze do Żmigródka, gdzie jest zespół pałacowo-parkowy. Czyli dość nietypowe ruiny pałacu, który wzmocniono na tyle, by się nadawały do zwiedzania. Temperatura była znośna, choć jak słonce zaszło to już mi zmarzły stopy i dłonie. Ale warto było wyrwać się na małą przejażdżkę, pośmiać ze znajomymi i dzielić wspólną pasję.

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii Wycieczki małe i duże, Zamki i pałace | Otagowano | Dodaj komentarz

Mała, jesienna wycieczka do zamku w Gołuchowie

Dwa tygodnie temu wyskoczyliśmy z Emilem na małą wycieczkę do Zamku w Gołuchowie. Pogoda była znośna na początku, ale w połowie trasy dopadł nas porywisty wiatr, a w drodze powrotnej już deszcz. Emil jechał za mną i w pewnym momencie zobaczył Niezidentyfikowany Obiekt Latający, który odpadł z mojego motocykla. Okazało się, że wiatr zerwał mi odblask z kufra. Zanim zawróciłam, to Emil już chodził po rowie i udało mu się brakujący element odnaleźć.

Na zwiedzanie mieliśmy tylko godzinkę, bo zmierzch i zimno szybko teraz zapada. Zamek w Gołuchowie jest dobrze zachowany, a wewnątrz znajduje się oddział poznańskiego muzeum. Podziwiać można to, co się zachowało z wnętrz, zbiory Izabelli Czartoryskiej oraz inne muzealne eksponaty. Pierwszy raz w życiu miałam okazję zobaczyć naczynia i inne rzeczy, pochodzące ze starożytnej Grecji. Zdjęć z wnętrza nie można publikować bez zgody, więc tylko zewnętrzne fotki pokażę.

Obok są jeszcze leśne muzea, ale już nie mieliśmy czasu ich oglądać – będzie powód, żeby tam wrócić. Na obiad podjechaliśmy do restauracji przy zameczku w Gutowie. Jest spory teren i dużo zwierząt, a nawet…tygrysy. Nie mieliśmy jednak zbyt wiele czasu i po obiedzie wyruszyliśmy w drogę powrotną, niestety już w zimnie i deszczu.

Była też sytuacja mocno stresująca, jak tuż przed motocyklem wyskoczyły mi dwie sarny. Na szczęście ostre użycie hamulców, z lekkim uślizgiem koła – uchroniło mnie od spotkania z nimi. Dalsza trasa też wiodła przez lasy, dlatego jechaliśmy już dużo wolniej, a zmrok złapał nas w połowie drogi. Już bez większych atrakcji, aczkolwiek znacznie przemarznięci, dotarliśmy do domu.

Na koniec doszliśmy do takich wniosków:

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii Majk, Wycieczki małe i duże, Zamki i pałace | Otagowano | Dodaj komentarz

Jesienne na Majkim rumakowanie :-)

Halo, halo żyję 🙂 Coś ostatnio nie jestem z blogiem na bieżąco, choć kilometry oczywiście nabijam, zwykle w weekendy. Jesienna pogoda nie daje powodów do narzekań, raczej pretekst, by się wyrwać z domu na dwa koła. Jeżeli chcecie być na bieżąco to zapraszam na moje konto na: Facebook’u.


Jazda nowym motocyklem początkowo sprawiała mi nieco trudności, zwykle przez odmienną pozycję, wysokość siedziska i „ściąganie z siodła”. Do pierwszych dwóch spraw się szybko przyzwyczaiłam i uważam to już za zaletę, nie wadę. A po zamontowaniu szyby turystycznej przestało mnie ściągać, a do tego jest znacznie ciszej w kasku (i mniej much na szybę łapię haha).

Można powiedzieć, że jazda Versysem uzależnia. Do tego stopnia, że wracając do garażu zawsze czuje się mały niedosyt… Dzień jest krótki, więc ciężko się wyrwać w tygodniu, ale zawsze jeżdżę w weekendy. Albo mając jakiś cel, albo go sobie znajdując. Np. z Ewą wyskoczyłyśmy na jarmark i kawę.

Na liście miejsc do odhaczenia w tym roku miałam jeszcze Biskupin. Nigdy tam nie byłam, a można powiedzieć, że w czasach szkolnych to miejsce wiele dla mnie znaczyło. Czytałam o tych wykopaliskach książki i przez chwilę chciałam być archeologiem (potem miałam operację kręgosłupa i nic z tego nie wyszło).

Generalnie to miejsce żyło własnym życiem w mojej wyobraźni i być może dlatego właśnie mnie nieco rozczarowało. Wiadomo… wyobraźnia zwykle koloryzuje. Super się prezentują te rekonstrukcje, muzeum też ma niezłe eksponaty, ale chyba oczekiwałam więcej tematyki o samej pracy archeologów i tych wykopalisk. Niestety zdjęć Wam nie pokażę, bo nie można bez zgody dyrektora placówki ich publikować. Ale zawsze możecie tam pojechać i własne zdanie sobie wyrobić.

Zrobiliśmy tego dnia 440 kilometrów i to jedyny dzień, kiedy po dojechaniu do garażu nie było już niedosytu, tylko zdecydowane „mam dość!”. Może dlatego, że końcówkę trasy pokonywaliśmy już po zmroku, czego osobiście nie znoszę. Aaaaa i Emil kupił sobie turystyka, też Versysa, ale 2018 r.. Może będzie okazja, żeby nim pośmigać (ale dopiero jak będzie miał gmole, bo taki ładny jest, że się boję nim jeździć hahahha).

W niedzielę pojeździliśmy jeszcze po rajdowych odcinkach Zagórze Śl-Michałkowa-Glinno-Walim z Magdą, Andrzejem i ich córką Asią, która na koniec sierpnia uzyskała prawo jazdy kat. A1. Miesiąc później już startowała w MotoGymkhanie, a teraz lata z nami na wycieczki.

Jazda ze 125-tką ma swoje ograniczenia, ale nie ma dla mnie większego znaczenia, czy jadę 120 km/h czy 95 km/h, jedynie wyprzedzanie trzeba sobie darować. Jednak radocha w oczach początkującej motocyklistki jest tego warta!

W ubiegły weekend byłam u rodziców i postanowiłam wracać do domu okrężną drogą przez Nową Rudę, Bielawę i Zagórze Śl.

To moje drugie podejście do Zagórza w niedzielę, ponieważ poprzednim razem były takie tłumy, że nie było gdzie motocykli postawić, a i przejechać było trudno. Nie dziwię się, bo złota jesień nad zaporą zwala z nóg!

Teraz też próbowałam podjechać i zrobić zdjęcia, ale bezskutecznie. Minęłam się z moją ekipą (wyżej wymienioną + Tomek) i dojechałam do korka. Andrzej zawrócił, żeby mi powiedzieć, że nie ma sensu tam jechać, bo droga jest zatarasowana przez samochody w obie strony! Jak już wpadłam na swoją ekipę, to postanowiłam z nimi kontynuować dzień. Najpierw kawa na stacji i pogaduchy, a potem powrót przez różne, urokliwe miejsca. I nie obyło się też bez przygód, czyli były szutry i drogi polne, bo droga w remoncie hahah.

p.s. Do zapory w Zagórzu wreszcie dotarłam, ale w tygodniu. Było cudownie, bo cicho i pusto. Jednak brakowało nieco słońca, które by rozświetliło te jesienne krajobrazy.

Wstąpiłam na kawkę do Pensjonatu Fregata – to miejsce fajny ma klimat!

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii Majk, Mam prawko, Wycieczki małe i duże | Dodaj komentarz

Zmiana motocykla, czyli wjeżdża Majk, odjeżdża Dziabąg

Od pewnego czasu myślę nad zmianą motocykla. Spłaciłam już kredyt na Dziabąga i jeździłam nim 4 lata, a przebieg dobiegał 50-tysięcy. Jednak największą motywacją do zmiany była wygoda w długiej trasie. Marzył mi się rasowy turystyk i już jakiś czas przeglądałam ogłoszenia i siadałam na sprzęty znajomych. Wszystkie jednak przerażały mnie swoją wagą i gabarytami. Mam półsprawną prawą rękę i ciężki motocykl po prostu odpada.

Postanowiłam przymierzyć się do Kawasaki Versys 2010, który był nieco ładniejszy, niż wersja wcześniejsza. I to był ten przełom, bo motocykl najzwyczajniej mi leżał. Był dobrze wyważony, przez co waga nie przerażała, nawet miałam wrażenie, że Er6-n trudniej mi czasem przepchać. Wysoko się siedzi, stopy na ziemi, kierownica szeroka i można wstawić wysoką szybę. I najważniejsze – jest tam silnik, który dobrze znam i którego charakterystyka mi odpowiada. Zbiera się dobrze, pali mało. To było to!

Przeglądałam różne ogłoszenia i zwykle modele z 2010-14 miały przebieg 30-50 tys. Mało jak na te roczniki, ale dużo jak na mój nowy motocykl, bo robię 10 tys. km rocznie. No i nie chciałam koloru czarnego, który był najbardziej popularny. Tuż przed wyjazdem w Alpy wpadłam na ogłoszenie Versys’a z 2010 roku, zakupionego w salonie, którym pierwszy właściciel zrobił jedynie 6400 kilometrów. Pomyślałam, że to jakaś ściema, ale odpisałam na ogłoszenie i wszystko się potwierdziło. Po prostu sprzedający nie miał czasu nim jeździć, a przebieg był udokumentowany. Wszystko pięknie, ale jechaliśmy w Alpy i nie było czasu go kupić…

Pogodziłam się z myślą, że z pewnością się sprzeda i muszę szukać innego sprzętu. Po powrocie zobaczyłam, że ogłoszenie nieaktualne, więc tylko się utwierdziłam w przekonaniu, że już mi przepadł, ale zapytałam. Okazało się, że jest! Tylko wygasło ogłoszenie! To była szybka akcja – rano poleciałam wziąć kredyt, a popołudniu już po niego jechaliśmy. Myślę, że motocykle są nam pisane i stało się tak, żeby ten trafił właśnie do mnie.

Na miejscu wszystko było OK, nie braliśmy nawet żadnego mechanika, bo motocykl był jak nowy. Formalności poszły szybko, a potem był skok na głęboką wodę. Emil wymyślił, że wrócimy przez Ostrów Wielkopolski.

Motocykl był dla mnie nowy, znacznie wyższy, silnik niby ten sam, ale charakterystyka nieco inna. Przelot przez miasto ze światłami był dla mnie jak 5-ta lekcja nauki jazdy hahah. Potem już było tylko lepiej. Doceniłam wygodę kanapy i wysoką pozycję. Łatwo zakręcał, choć jechałam ostrożnie, bo nie wierzę gumie opon, która ma 9 lat!

Dlatego pierwsza była wymiana opon, kasy starczyło mi jeszcze na gmole, a po wypłacie będzie wyższa szyba. Chciałam przełożyć swoje ulubione, czerwone, składane klamki Womet-Tech, jednak się okazało, że jedna z nich nie pasuje do nowszego modelu. Napisałam do producenta i miło się zaskoczyłam, bo zaproponowali mi, że jak odeślę tę klamkę, to wymienią mi tylko adapter za 80 zł. Wszystko trwało 4 dni i już mogłam się poczuć, jak na własnym motocyklu.

No dobra, nie do końca tak było, bo ok 300 km potrzebowałam, żeby poczuć nowy motocykl. Źle się czułam przy zatrzymywaniu, bo niby miałam całe stopy na ziemi, ale tylko w idealnych warunkach. Zwykle, z którejś strony, musiałam podpierać się tylko palcami (mam 173 cm wzrostu). Ten model też już nie zbierał się tak na sportowo, jak ER6n, więc musiałam nauczyć się nim szybko wyprzedzać. Ma też zdecydowanie większe wibracje przy redukcji. Jednak po opanowaniu tych czynności nastała dziecięca radość. Teraz mam już frajdę z jazdy nim, doceniam pozycję, fajnie się składa w zakrętach i pali 5 litrów/100km.

Versys miał bardzo oblepione smarem felgi i zębatki, więc zasłużył sobie na pierwsze SPA w motocyklowej myjni Kryś-Car we Wrocławiu. Chyba będę tam częściej zaglądać, choćby na samo mycie i smarowanie łańcucha, bo nie znoszę tego robić.

Pozostała jeszcze sprawa sprzedania Dziabąga i częściowej spłaty zaciągniętego kredytu. Dałam ogłoszenie na OLX i nawet nie zdążyłam udostępnić linka, jak napisał pierwszy kupujący. Zadawał kilka pytań i nawet mnie pochwalił, że w porównaniu do innych sprzedających – sporo wiem o swoim motocyklu. Starałam się o niego dbać i wszystko co trzeba, miał wymieniane, tylko nie znałam jego historii sprzed mojego zakupu.

Po wstępnym obejrzeniu kupujący poprosił o wizytę u mechanika i to nie pierwszego, lepszego, tylko „pogromcę mitów” Wiktora z Oględzin Motocyklowych. Szczerze? Sama się bałam, że znajdzie coś, o czym ja sama nie wiedziałam, kupując ten motocykl hahahah. Kontrola była bardzo dokładna, najpierw w garażu, a potem podczas jazdy. Na szczęście nie było tak źle… Przednia tarcza hamulcowa za jakiś czas do wymiany, luzy zaworowe do sprawdzenia i licznik może był nieco zaniżony przed moim zakupem. Z motocyklem oddałam wszystkie akcesoria, które i tak nie pasowały do mojego nowego modelu, czyli szybę, kufer, turystyczną kierownicę, crash pady, lusterka Barracudy. Mam nadzieję, że nowy właściciel z Wrocławia będzie z niego zadowolony tak, jak ja byłam.

P.S. Nowy motocykl będzie miał na imię Majk, tak jak bohater pewnej bajki:

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii Dziabąg, Majk, Sprzedaję motocykl | Otagowano | Dodaj komentarz

Alpy 2019: Kehlsteinhaus

Dalszy plan wycieczki obejmował zjazd do Włoch przez przełęcz Timmelsjoch, a następnie rundę przez Sella Group w Dolomitach. Niestety pogoda się załamała. Deszcze, które już napotkaliśmy, miały wypadać się dopiero w środę, a był piątek. Długo myśleliśmy nad tym, co zrobić i z ciężkim sercem zrezygnowaliśmy z dalszego ciągu wycieczki. Później okazało się, że to była najlepsza decyzja z możliwych, ponieważ we wtorek w Dolomitach spadł… śnieg!

No nic, ten cel zostawimy sobie na kolejny, wakacyjny urlop. Sobota miała być jeszcze pogodna to wykorzystaliśmy ją na powrót w stronę Polski, ale połączony z odwiedzeniem herbaciarni, którą Hitler dostał na 50-te urodziny. Zbudowano ją na szczycie Kehlstein, z którego rozciąga się przepiękna panorama na góry i jezioro Koningssee. I znowu mogłam się nacieszyć bawarskimi drogami. Myśleliśmy jeszcze o platformach widokowych 5 fingers, jednak cena ponad 30 euro za osobę skutecznie nas odstraszyła. Trasa wiodła wzdłuż jeziora Chiemsee.

Na miejscu okazało się, ze ok. godziny musimy czekać na wolny autobus, który zawiezie nas na szczyt góry, więc wykorzystaliśmy ten czas na drugie śniadanie. Droga jest wąska i kręta, po bokach przepaście, a autobus wielki, więc już sam dojazd na miejsce budzi emocje. Wysiada się pod ciemnym tunelem, w którym zwykle jest kolejka do windy. Na szczęście winda mieściła ok. 30 osób, więc czekaliśmy może kwadrans.

Na górze to już był tylko zachwyt nad panoramą z każdej strony. Ta słynna herbaciarnia cały czas funkcjonuje i może liczyć na tłumy turystów. Kelnerzy uwijali się w pocie czoła, a chętnych na poczęstunek na szczycie wciąż nie brakowało. My poszliśmy wyżej pod krzyż i najdalszy punkt widokowy. Na górę przeznaczyliśmy 1,5 h (trzeba się określić, o której wraca się autobusem), ale to było zdecydowanie za mało, wliczając czas oczekiwania na windę, więc na koniec już musieliśmy przyspieszyć. Koszt zwiedzania to 16,5 euro/os, a przy dobrej pogodzie wrażenia są niezapomniane.

Ruszyliśmy w dalszą trasę, bo chcieliśmy przejechać jak najwięcej tego dnia, żeby kolejnego już dotrzeć do domu, szczególnie, że i tam miały dotrzeć ulewy. Jednak czasem życie szykuje jakieś niespodzianki i tak było tym razem. Chcieliśmy ominąć Salzburg i jadąc przez inne miasteczko podjechał do nas motocyklista. Zrównał się ze mną i nie wiedziałam, o co mu chodzi. Potem zrównał się z Emilem i coś chyba do niego próbował powiedzieć. Emil przekazał mi przez interkom, żeby zjechać na pobocze.

Po chwili zdziwiliśmy się, jak usłyszeliśmy polski język. Bo to była para z Górnego Śląska, która mieszka od kilku lat w Austrii i niedawno wzięła ślub. W sobotę akurat jeździli sobie po okolicy na Suzuki SV, aż wpadli na nas – zobaczyli polskie blachy, więc próbowali nas zatrzymać. Porozmawialiśmy sobie sympatycznie i padła propozycja, żeby pojechać z nimi na okoliczny punkt widokowy z panoramą na góry i Salzburg. Zgodziliśmy się.

Na szczycie było super, panorama rozległa, jednak nieco zamglona, pomimo słonecznej pogody. Porozmawialiśmy sobie jeszcze o życiu w Austrii i w Polsce, a potem nasze drogi się rozeszły. Spontan był, jednak potem trzeba było wrócić do rzeczywistości, a okazało się, że jak była godz. 19.00, to do celu w Czechach jeszcze 200 km. Ok. 20.30 było już całkiem ciemno i zimno.

Wkurzyłam się, bo nie mogłam znaleźć membrany i nie chciałam ponownie wpakować się w nocną jazdę do północy. Postanowiliśmy poszukać jakiegoś kempingu w okolicy i znalazł się, aż jeden i to w szczerym polu kukurydzy. Okazało się, że to jakaś agroturystyka, było po 22-giej, ale jeszcze Pani nas przyjęła. Przy śniadaniu towarzyszyło nam kwiczenie świń, ale najważniejsze było to, że jeszcze nie padało. Zostało nam 550 km do domu.

Robiliśmy pauzy co ok. 100 km, na przedostatniej miałam kompletnie dość, ale byliśmy już pod Kamienną Górą, więc myśl o spaniu we własnym łóżku dodawała skrzydeł. Deszcz nas złapał, ale dłużej się przebieraliśmy w stroje przeciwdeszczowe, niż on padał. Udało nam się omijać czarne chmury z obu stron. Dojechaliśmy po 21-wszej do domu i padliśmy wymordowani tym urlopem hahaha.

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii Alpy | Otagowano | Dodaj komentarz

Alpy 2019: Słodko-gorzki dzień wycieczki

To był dzień, który najbardziej mi dał w kość, bo trwał od 9 rano do 23 i wciąż na motocyklu! Wcale nie miało tak być, ale splot zdarzeń tak sprawy ułożył. Czekałam na ten dzień długo, bo plan był taki, by zaliczyć znane i uwielbiane przez motocyklistów alpejskie trasy: Grossglockner Hochalpenstraße i Nockalmstraße.

Zaczęliśmy o 9 rano od Nockalmstraße. Jej początek od strony Reichenau był zwyczajny, a potem już było WOW i coraz więcej WOW. Wspinając się do góry panorama coraz bardziej zachwycała. Gdy dojechaliśmy do chatki na szczycie już dojrzałam dalszy ciąg trasy i cieszyłam się, widząc kolejne zakręty. Jednak to jeszcze nic!

Po chwili jazdy w dół okazało się, że jedziemy na kolejny szczyt i to o wiele większy! Zadarłam głowę do góry i zobaczyłam, że tam wysoko jedzie jeszcze samochód, nie wierzyłam… Droga była coraz bardziej kręta i stroma, a panorama zwalała z nóg. Czasami bałam się patrzeć na te strome zbocza, gdy jechałam tuż obok krawędzi drogi (barierki były na szczęście).

I krowy alpejskie były – ta cała przestrzeń tylko dla nich, bez lin i łańcuchów. Zrobiliśmy pauzę na szczycie, żeby pozachwycać się przepiękną panoramą gór i dolin. Jeszcze kilkanaście zakrętów w dół i koniec tego szczęścia, ale uśmiech został od ucha do ucha. Wrażenia niezapomniane!

Po drodze chcieliśmy przejechać trasę Malty, jednak czas nas już gonił, dlatego dotarliśmy tylko do pierwszego wodospadu, zjedliśmy coś i polecieliśmy na Grossglockner ok. 100 km dalej. Pierwsza przełęcz kosztowała ok. 11 euro, druga ok. 26 euro/os, a w pakiecie trzecią Gerlosstrasse dostaliśmy gratis (i niestety nie wykorzystaliśmy biletu, ale o tym za chwilę).

Pod trasą Grossglockner Hochalpenstraße stanęliśmy na chwilę pauzy, żeby mieć siły na to wyzwanie. W końcu to najwyższa droga w Austrii i do tego 50-kilometrowa! Nagle Emil usłyszał polski język i okazało się, że spotkaliśmy dwóch motocyklistów z okolic Trzebnicy. Miło sobie porozmawialiśmy i wymieniliśmy wrażeniami, oni już trasę przejechali i mieli dobrą pogodę. Nas nieco martwiły nadciągające chmury, ale ruszyliśmy. Chwilę po minięciu bramek na serio się rozpadało, zjechaliśmy na pobocze, pod drzewa, żeby ubrać przeciwdeszczowe kombinezony i rękawice.

Jechaliśmy dalej, droga była gładka i cudnie kręta, jednak prędkość osiągana w deszczu nie pozwalała na to, by się w pełni nią nacieszyć. Krajobrazy też przepiękne, tylko przez brak słońca nieco przygaszone… Skręciliśmy najpierw na punkt widokowy na szczyt Grossglockner i lodowiec. Padało jeszcze mocniej, na szczęście na szczycie jest zadaszony parking. Trudno było nawet zrobić zdjęcia.

Zjazd z góry też był wyzwaniem, choć z czasem deszcz nieco zmniejszył natężenie. Potem odbiliśmy w bok i ruszyliśmy na alpejską trasę świetnymi zakrętami do góry. Im wyżej, tym większa była mgła, by na szczycie już całkiem zasłonić nam widok mleczną kurtyną. Nie wjeżdżaliśmy na najwyższy punkt widokowy, bo nie miało to najmniejszego sensu. Rozpoczęliśmy zjazd 17-kilometrową w dół. Dopiero przy miasteczku mgła odpuściła i został ten niedosyt, że widzieliśmy tylko połowę tej cudnej trasy. No nic! Trzeba tam wrócić!

Samopoczucie też mieliśmy coraz gorsze, bo buty nam poprzemakały. Zatrzymaliśmy się pod marketem i wpadłam na pomysł, żeby ubrać suche skarpety, a na to foliowe worki z marketu. Może to nie gwarantowało super komfortu, ale zimno i mokro być przestało. Kupiliśmy też coś do jedzenia i… spotkaliśmy kolejnych Polaków, tym razem parę z Wałbrzycha na jednym motocyklu. Oni potwierdzili, że dobrze, że nie wjechaliśmy na sam szczyt, bo tam było bardzo stromo i po kostce, więc w deszczu mogłoby się to źle skończyć. Fajne i bardzo pozytywne spotkanie.

My sami stanęliśmy przed decyzją, co robić dalej? Padać przestało i nawet się rozjaśniło. Przez chwile zastanawialiśmy się, czy nie wynająć pokoju w polskim pensjonacie w tym miasteczku (40 euro/os) i po prostu się wysuszyć. Ale poprawa pogody zachęciła nas do dalszej drogi na przełęcz Gerlos. To nie był dobry pomysł…

Z każdym kilometrem pogoda była coraz gorsza. Piękne widoki gór w chmurach zaczynały przeistaczać się w pełną mgłę i siąpiący deszcz. Na ostatnim punkcie widokowym spotkałam sympatycznego kota, który od razu zapakował mi się na ramiona.

Po zdrowo-rozsądkowej rozmowie postanowiliśmy zawrócić z trasy i jechać z powrotem do bazy pod Monachium. Jednak to też nie był dobry pomysł…

To był najgorszy kawałek trasy, jaki w życiu miałam okazję pokonać na motocyklu. Było ciemno, padał deszcz, a trasa była kręta. Raz się nawet zgubiłam, bo nie wiedziałam gdzie jechać, a Emil zniknął mi we mgle. Bateria interkomu się wyczerpała. Stanęłam na paskowanym polu, włączyłam awaryjne i szukałam wskazówek (pomiędzy rzucanymi spontanicznie nieocenzurowanymi wyrazami). Dojrzałam wreszcie znak i pojechałam dalej, na szczęście dobrze, bo po chwili wrócił po mnie Emil.

Nie było wcale łatwiej na autostradzie, bo opony motocykla nie nadążały odprowadzać wody, więc motocykl tańczył mi, to na lewo, to na prawo. Najzwyczajniej bałam się, że się wywrócę i wpadnę pod mknące samochody. Łzy ciekły mi po policzkach, a w duchu tylko prosiłam o szczęśliwy powrót do domu. Poziom emocji nieco opadł, jak już zjechaliśmy z autostrady, deszcz odpuścił, a ostatni kawałek drogi był już praktycznie bez ruchu innych pojazdów. Dotarliśmy po 23-ciej.

Kolejnego dnia wstałam nieprzytomna i w podłym nastroju. Dostałam nieźle w kość fizycznie i psychicznie. Dopiero po krótkim spacerze na pobliską wieżę widokową i drzemce poczułam, że wracam do równowagi. Przed nami był jeszcze jeden dzień odpoczynku i wyjazd na włoskie Dolomity.

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii Alpy | Otagowano , | Dodaj komentarz

Alpy 2019: Kilka przełęczy na start

Kolejnego dnia postanowiliśmy wreszcie zobaczyć alpejskie szczyty z bliska. Aby zaplanować naszą wycieczkę szukałam źródeł w internecie, lecz dopiero pożyczenie książek „100 Alpejskich Przełęczy na Motocyklu” i „100 Nowych Alpejskich Przełęczy na Motocyklu” otworzyło mi oczy na to, co chciałabym na żywo zobaczyć. Najgorsze jest to, że ta pierwsza książka jest już na rynku nieosiągalna i nie będzie kolejnego jej wydania (ja mam już swoje egzemplarze na szczęście).

W planie podróży zawarłam 20 z tych 100 przełęczy części pierwszej. Świadomie wybierałam trasy łatwe i średnie (do 14% nachylenia), ponieważ jazda po górskich przełęczach, na takich wysokościach – to był mój debiut. Na co dzień nie mam zbyt wielu możliwości ćwiczenia jazdy po górskich serpentynach i nie chciałam, żeby strach popsuł mi tą pierwszą wycieczkę.

Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że plan upadł już na pierwszym objeździe remontowanej drogi, który prowadził przez serpentyny o nachyleniu 24%!!! Jazda szła mi koślawo i paraliżował mnie strach, szczególnie podczas jazdy po ostrych zakrętach z tak stromej góry. „Łooo Boziu” wołałam wiele razy, ale dałam radę, a ten chrzest sprawił, że już nic podczas tej całej wycieczki nie było w stanie mnie zaskoczyć!

Tego dnia w planie były przełęcze Rossfeld-Hohenringstrase, Dientnersattel i Filzensattel, Radstadter Tauernpass i Katschbergpass. Pierwsza z nich była płatna 5 euro na bramkach, a już sam dojazd do niej był wymagający (znowu te 24%). Obok tej trasy jest wspaniały punkt widokowy Kehlstein, jednak zabrakło nam czasu, by tam dotrzeć (później się okazało, że na koniec wyjazdu i to miejsce odwiedziliśmy, ale o tym w ostatnim wpisie będzie). Zaczęliśmy od jeziora Königssee, choć to miejsce od strony miasta wcale nie porywa. Warto znaleźć inny punkt widokowy lub się po nim przepłynąć.

Rossfeld-Hohenringstrase – piękna pętla z widokami na góry i serpentynami. Po pewnym czasie się zorientowaliśmy, że mijamy wciąż tych samych motocyklistów. A oni po prostu jeździli tam w kółko na jednym bilecie. My nie mogliśmy sobie na to pozwolić ze względu na ograniczony czas wycieczki, jednak przy kolejnym wyjeździe tak właśnie zrobimy – jedna przełęcz – jeden dzień z dokładnym zwiedzeniem wszystkich atrakcji.

Mnie osobiście zachwyciły drogi Bawarii, piękne widoki i równe, kręte drogi. Nawet jak stał tam znak, że droga była naprawiana, to i tak ta „łaciata” droga była równa jak stół. Jeździliśmy różnymi skrótami przez wioski, gdzie było 5 domów i krowy, a droga nadal była idealna!

Zaskoczył nas jeden znak, że będą krowy przez 5 kilometrów – nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że to do lasu wjeżdżaliśmy! Ale… faktycznie krowy tam były, pasły się luzem między drzewami, odpoczywały sobie w rowach i „uroczo” przechodziły tuż przed moim motocyklem na drugą stronę drogi. Jakbym nie zobaczyła, to bym nie uwierzyła hahaha.

W Austrii już nawierzchnia dróg była różna, jakość napraw asfaltu też odbiegała od bawarskiego ideału. Widoki nadal cudne, zalesione i nagie szczyty, wijące się rzeki, wzdłuż których wiła się też nasza droga. Pogoda była idealna, bo ciepła, a nie upalna. Przejrzystość powietrza również, przez co otwierające się przed nami panoramy sprawiały, że „WOW” mówiłam co chwilę.

Piękne i kręte kilometry zlatują jednak wolniej, dlatego tego dnia zabrakło nam nieco czasu na zobaczenie wodospadu pod Maltą i przejechanie tej trasy. Było późno, więc znaleźliśmy na szybko nocleg pod jeziorem Millstätter See. Wjechaliśmy na pole namiotowo-campingowe, a tam niezła góra! Postanowiłam dojechać na jej szczyt, żeby zawrócić, a Emil jechał przede mną. Nagle patrzę, a tu gościu cały goły z „fujarą” na wierzchu sobie chodzi. Pomyślałam, że świr jakiś. Rozglądam się, a obok para nago siedzi sobie przy stoliku! I wtedy do mnie dotarło, że wpakowaliśmy się na miejsce dla nudystów hahaha. Zawróciliśmy i zjechaliśmy grzecznie na dół, a tam na szczęście wszyscy byli ubrani…

p.s. W strefie nudystów, podobnie jak w bawarskich zamkach, był zakaz fotografowania „obiektów” 🙂

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii Alpy | Otagowano | Dodaj komentarz

Alpy 2019: Zamek Neuschwanstein i Hohenschwangau

Chwilę mnie nie było, bo miałam urlop. W 2/3 spędziłam go na motocyklu, a po urlopie tak się wszystko ułożyło, że motocykl zmieniłam. Ale po kolei…

Na urlopową wycieczkę wybraliśmy kierunek alpejski. Na początek chciałam spełnić swoje marzenie i zwiedzić „Zamek Łabędzi”, którego zdjęcia od lat mnie zachwycają. Nie szykowałam się jakoś specjalnie, pakowanie zaczęłam w sobotę. Oczywiście otrzymałam na blogu dużo porad dotyczących wyjazdu, trasy, pakowania – część z nich wykorzystałam, a z części się pośmiałam. Bo porady, że mam wziąć kartę płatniczą zamiast namiotu, garnków, czy jedzenia uznałam za zabawne. Skoro je zabieram, to znaczy, że ich potrzebuję i nie mam złotej karty w banku, a jedziemy do krajów, gdzie wszystko kosztuje x4 w stosunku do polskich zarobków.

Mieliśmy to szczęście, że siostra Emila mieszka pod Monachium i mogliśmy tam kilka nocy spędzić. Do celu jechaliśmy 2 dni z przerwą przy granicy czesko-niemieckiej. We wtorek rano uderzyliśmy w kierunku słynnych zamków Neuschwanstein i Hohenschwangau, na które bilety dobrze jest rezerwować online (minimum 2 dni przed datą przybycia).

Wszystko przez wycieczki i dzikie, kilkugodzinne kolejki do kas w sezonie. Do biletów z rezerwacji kolejka zwykle jest krótsza, a odebrać je trzeba 1,5 h przed czasem zwiedzania, ponieważ potem wpadają w pulę biletów do tej drugiej kolejki. My byliśmy tam we wtorek na koniec wakacji, dlatego kolejka była jedynie na 10 minut stania. Pozostały czas przed zwiedzaniem zamków przeznaczyliśmy na tutejsze muzeum. Wstęp do tych 3 miejsc to koszt 36,50 euro/os. Motocykle zostawiliśmy na płatnym parkingu (3 euro/moto), gdzie pan pozwolił nam też zostawić kaski i kurtki.

Muzeum to głównie historia kolejnych pokoleń władców Bawarii, aż do czasów wojennych. Przy wejściu otrzymuje się słuchawkę z wybranym językiem, a przy każdym eksponacie/portrecie na ścieżce zwiedzania są numery, które po wciśnięciu umożliwiały odsłuchanie opisu do nich. Gdyby ktoś chciał odsłuchać wszystko, to obawiam się, że dwie godziny pobytu tam to za mało. Największe wrażenie zrobiły na mnie przedmioty z zamku, prezenty, jakie władcy otrzymywali i ich szaty. To była tylko zapowiedź tego, jakie wspaniałości są w tych zamkach. Poznałam też z grubsza historię całej rodziny oraz losy Ludwika II, który wymarzył sobie i zbudował „Zamek Łabędzi”.

Jako pierwszy zwiedzaliśmy zamek letni królewskiej rodziny, odnowiony Hohenschwangau. Przy wejściu są bramki i duży wyświetlacz z godzinami wejść, co bardzo ułatwia ogarnięcie takiej masy turystów. Wewnątrz także otrzymuje się słuchawkę w wybranym języku, ale zwiedza się już z przewodnikiem, który ma wszystko ma oko i uruchamia kolejne opisy w słuchawkach turystów, gdy jest na to pora. Przechodziliśmy przez kolejne sale, poziom pokoi królowej i króla. Wszystko cudownie zdobione, niepowtarzalne rękodzieła – bogate i prawdziwie królewskie salony. Niestety wewnątrz nie można robić zdjęć, także musicie mi wierzyć na słowo. Tutaj mieszkał Ludwig II podczas budowy Neuschwanstein i z okien przez lunetę obserwował postępy prac.

O ile pierwszy zamek był przy miasteczku, tak drugi jest na sporej górze. Można tam dojść pieszo – ok. 20-30 minut wspinania lub pojechać tam autobusem. Oczywiście w ubraniach motocyklowych i przy panującym upale wybraliśmy opcję łatwiejszą za 3 euro w obie strony. Autobus zawiózł nas w okolice słynnego mostu Marienbrücke, z którego rozpościera się górska panorama z zamkiem w samym centrum. Choć ja osobiście wolę zdjęcia, które robione są od frontu zamku ze szczytami w tle.

Tak, to co widzicie na zdjęciu poniżej to kolejka na most. Na szczęście szła szybko, bo w sumie ile można stać nad przepaścią, na drgającym moście, robiąc jedno ujęcie hahah.

Do zamku trzeba było zejść nieco niżej, a tam był podobny system bramki wejściowej i słuchawki z wybranym językiem. Zwiedzanie drugiego zamku też trwało ok. 30 minut. To krótko – zdecydowanie za mało czasu, by obejrzeć te wszystkie wspaniałości. No ale jedna wycieczka depcze po piętach kolejnej, więc to zrozumiałe. W tym całym chaosie, raz po raz, wyłaniały jakieś gwiazdeczki instagrama, by wypiąć tyłek na tle tak pięknej budowli. Ot, taki znak naszych czasów.

Spodziewałam się królewskiego poziomu wewnątrz zamku, ale to co zobaczyłam, faktycznie było wizją szalonego króla, jak nazywano Ludwika II. Zakochany w średniowieczu władca mieszał ze sobą różne style i nie oszczędzał na niczym. Sala tronowa cała w złocie, cudne malowidła na każdej ścianie, bogactwo w każdym, najmniejszym detalu mebli. Moim marzeniem było zobaczyć królewski zamek z wyposażeniem. Piorunujące wrażenie. Chyba to, że nie można robić zdjęć, a zwiedzanie trwa krótko, sprawia, że chce się tam wrócić. Zobaczyć jeszcze raz…

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii Alpy, Mam prawko, Zamki i pałace | Otagowano , | Dodaj komentarz

Kościół Pokoju w Świdnicy i Jaworze

google zonk!

W ubiegłą niedzielę, razem z Danielem i Magdą, wyskoczyliśmy na krótką wycieczkę motocyklową do Jawora. Google postanowiło zrobić nam psikusa i wysłać nas tam krótszą, ale szutrową drogą. A w dodatku z dużą ilością wyrypów po kilku metrach, żeby na koniec znaleźć się na drodze, do której dojechalibyśmy jadąc po prostu przed siebie wg tablic informacyjnych 😀 .

Trzy Kościoły Pokoju powstały w Polsce II poł. XVII wieku w następstwie pokoju westfalskiego. Naciskany przez protestancką Szwecję, katolicki cesarz Ferdynand III Habsburg przyznał śląskim luteranom prawo do wybudowania trzech świątyń w: Głogowie, Jaworze oraz Świdnicy.

Budowa mogła trwać tylko rok i miała być opłacona przez protestantów. Materiały budowlane miały być nietrwałe, jak drewno, słoma, glina, piasek. Budynki nie mogły mieć tradycyjnego kształtu świątyni, ani dzwonu.
I dokonano tego! Powstały cudne wnętrza, ręcznie zdobione przez artystów, a to co miało być nietrwałe – przetrwało ponad 350 lat! Niestety w wyniku strzału pioruna spłonął kościół w Głogowie, a ja odwiedziłam dwa pozostałe.

Kościoły są wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Świątynie są wciąż odnawiane, a zwiedzanie jest indywidualne – wewnątrz można odsłuchać nagrania o ich historii w kilku językach. Bilet wstępu to 10 zł i można tam robić zdjęcia.

Kościół Pokoju w Jaworze jest największą drewnianą budowlą o funkcjach religijnych na świecie. Więcej o świątyni…

Korzystając z okazji odwiedziliśmy rynek w Jaworze z pięknym ratuszem, brakuje tu jednak doinwestowania.

Kilka tygodni temu byłam z Emilem na wycieczce samochodowej. Wybraliśmy się na średniowieczny festyn w Wiebrznej, impreza była mała i lokalna, ale przy okazji obejrzeliśmy ruiny klasztorne.

Byliśmy już blisko Świdnicy to postanowiliśmy odwiedzić Kościół Pokoju. Budynek, a raczej jego barokowe wnętrze, zrobiło na mnie niesamowite wrażenie! Więcej o świątyni…

Obok jest też, równie stary, cmentarz:

Oraz mała wystawa w wieży:

Wyskoczyliśmy jeszcze na ładny rynek w Świdnicy:

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii Mam prawko, Wycieczki małe i duże | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Jaskinia Na Pomezi