Mikołajki

Nie dotarło chyba jeszcze do mnie to, że już koniec sezonu. Niby odstawiłam motocykl na trochę bo w kasku mi piździ, ale jest to raczej powód wymiany kasku, a nie zaprzestania jazdy. I w pewnym sensie, robiąc te tysiące kilometrów w sezonie – jestem już „wyjeżdżona” i pauzę traktuję bardziej naturalnie, niż jak jakąś karę. Uwielbiam wiosnę i pierwsze jazdy po takiej przerwie, kiedy wszystkie odczucia są mega intensywne i zapał do jazdy łapie się od nowa.

Faktem jednak jest, że w tym roku to jakieś, takie nagłe odcięcie. Było po 15 stopni, a tu nagle jebudubu i jest już tylko po 4 stopnie. Pamiętam grudnie, gdzie miałam 10 stopniowe temperatury i całkiem fajny klimacik do jazdy.

W ubiegły weekend było wyjątkowo ciepło, więc wybraliśmy się z Emilem do Leszna, gdzie chciałam pomierzyć kaski od Bell’a. Mój błąd był jednak taki, że nie upewniłam się, że w tym sklepie one są fizycznie – okazało się, że tylko na aukcjach internetowych sklepu. Na miejscu był tylko jeden, który interesował mnie najmniej… Warto się chociaż przejechać, choć te 200 km w tych temperaturach i przy tym wietrze nie należały do najprzyjemniejszych. Przyczepność choć była – pobujać się było można 😀 .

W niedzielę aura już była nieco deszczowa, ale postanowiliśmy jeszcze dołączyć do motocyklowej ekipy Św. Mikołaja. Przystroiłam się w czerwoną spódniczkę, ubrałam skrzydła i w drogę!

W tym roku motocykliści z Motopasji Brzeg Dolny objęli swoim patronatem dzieci z Domu Dziecka w Krzydlinie Małej. Dzięki wsparciu motocyklistów dzieci mogły otrzymać paczki z wymarzonymi zabawkami, ubraniami i książkami oraz masą owoców i słodyczy. A same upiekły dla nas pierniczki. Najtrudniejsza była dla mnie wizyta u maluchów, bo serce boli, że nie mogą się przytulić do mamy i taty. Za to bardzo szybko opanowały zakładanie i ściąganie mojego kasku 🙂 .

Co ja dostałam od Mikołaja? Tym razem nic motocyklowego, bo wypatrzone trampki haha. A sama sobie zrobiłam w prezencie motocyklową biżuterię. Zakupiłam motocyklową zawieszkę i srebrny łańcuszek oraz połączyłam to w całość. A może pod choinką znajdę coś motocyklowego? 🙂

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii Mam prawko | Dodaj komentarz

100 lat odzyskanej niepodległości na motocyklowo!

11 listopada był w tym roku dniem bardzo wyjątkowym, ponieważ minęło 100 lat, odkąd nasz kraj odzyskał niepodległość. Pogoda dopisała, więc i pomysł na paradę motocyklową w Brzegu Dolnym z tej okazji, wypalił zaskakująco dobrze. Organizatorem spotkania był klub DWL, ale ilość zgromadzonych motocykli, nawet ich mocno zaskoczyła. Udało się jednak wszystko opanować i przejazd wyszedł bardzo zgrany, jak na te ok. 250 motocykli na trasie przejazdu parady!

Hasło tego dnia to „100 Motocykli na 100 Lat Niepodległości Państwa Polskiego”, a jego celem była wspólna parada i ułożenie liczby 100 z naszych motocykli. Najpierw pojechaliśmy pod Urząd Miejski w Brzegu Dolnym, gdzie o 12.00 wspólnie odśpiewaliśmy hymn (pięknie nas przez niego przeprowadziła jedna z motocyklistek przez mikrofon). Była to wyjątkowa chwila, taka, która pozostaje długo w pamięci.

Potem zrobiliśmy małą paradę po mieście i udaliśmy się do sąsiedniego Wołowa. Kolumna motocykli ciągnęła się, aż po horyzont! W Wołowie zrobiliśmy rundę po Rynku, a na ulicy Piłsudskiego zatrzymaliśmy się na chwilę, żeby „narobić hałasu” ku jego pamięci. Później zawróciliśmy na rondzie (co było zabawne, bo zjeżdżając z ronda mijało się innych motocyklistów na nie dopiero wjeżdżających), żeby ostatecznie zaparkować na placu PKS.

Autorzy zdjęć: Maciej Trubisz, Pierwszy z Brzegu, Krzysztof Plichta, Patrycja Molińska, Emil i ja.

Na tym placu były osoby, które ustawiały motocykle w wyznaczony sposób. Wszystko po to, by potem z drona zrobić ujęcie, jak nasze motocykle ułożone są w liczbę 100. Tam powitał nas burmistrz i też odśpiewaliśmy hymn narodowy. A utworzona z motocykli setka wyglądała z góry świetnie, choć będąc na dole nikt by tego nie powiedział haha.

Na koniec, już mniejszą paradą, pojechaliśmy na wspólne ognisko. Wszystko już było przygotowane i każdy się posilił. Super było się spotkać w tak wyjątkowy dzień, spędzić go z innymi motocyklistami/tkami i uczcić go na swój sposób. Ponad podziałami, ponad politycznymi przepychankami, po prostu prosto z motocyklowego, polskiego serca!

Filmy z wydarzenia znajdziecie na moim profilu: facebook.com/pamietnikmotocyklistki

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii Wycieczki małe i duże | Dodaj komentarz

Bolesławiec, Muzeum Ceramiki i Zamek Kliczków

W Ubiegłą niedzielę postanowiłam poszerzyć nieco moje odkrywanie Dolnego Śląska o okolice Bolesławca. Przyznaję, że interesujących obiektów znalazłam tyle, że z pewnością tam wrócę. Obecnie dzień jest krótszy, a kilometrów zrobiłam 240, więc czasu na zwiedzanie wiele nie miałam. Padło na to, z czego słynie Bolesławiec, czyli Muzeum Ceramiki oraz na Zamek Kliczków całkiem niedaleko.

Pogoda była cudowna, ok. 20 stopni i pełne słońce, a wybrałam trasę mniej uczęszczaną, z dużym zalesieniem. Nie mogłam jechać szybko, bo musiałam się napatrzeć na te, kolorami malowane liście. To taki krótki czas (idzie spore ochłodzenie), że doceniać trzeba chwile… Momentami zasypywał mnie deszcz, malutkich złotych listków, cudnie!

Dotarłam pod Muzeum Ceramiki, ale po drodze zobaczyłam jakiś fajny budynek. Postanowiłam tam podejść – weszłam w malutką bramę i znalazłam się na rynku. Niesamowite wrażenie zrobiło na mnie to miejsce. Kolorowe kamienice, zdobione w każdym detalu, prezentowały się w słońcu cudnie! Dawno nie widziałam tak ładnego, przestrzennego i barwnego rynku, gdzie historia łączy się z teraźniejszością (ten wrocławski przez 17 lat mieszkania mi się opatrzył). Ludzie siedzieli sobie w ogródkach restauracyjnych i na ławkach. Sama bym przysiadła, ale czas jednak gonił.

Do Muzeum Ceramiki podeszłam, tak trochę jak do obowiązku – pewnie będzie nudno, ale trzeba zobaczyć, bo z tego to miasto słynie. Na wstępie poznałam dwie sympatyczne i bardzo pomocne panie. Później weszłam do pierwszej sali i wciągnęło mnie… Serio! Te kolory, zmieniające się przez lata formy zdobień, szczegóły i szczególiki. Chyba najbardziej mnie urzekły ludzkie (anielskie) twarze i zwierzęta z ceramiki. Przecież to wszystko powstało w wyniku ręcznej, bardzo precyzyjnej pracy! Byłam pod wrażeniem, ponownie.

Panie pokierowały mnie jeszcze do drugiego oddziału Miejskiego Muzeum, gdzie były wystawiane współczesne prace na Triennale Bolesławiec 2018 (i będą do 11 grudnia). Sztuka współczesna nie zawsze jest dla mnie zrozumiała, jednak w tym przypadku większość prac ceramicznych wzbudziła we mnie pewne emocje. Nie robiłam im zdjęć, bo to trzeba zobaczyć na żywo, poczuć ten przekaz i docenić prace artysty nad dziełem. Dalsze sale muzeum odnoszą się min. do wojennej historii miasta, a także są tam zbiory kolekcjonerskie porcelany.

Pani z obsługi pokazała mi jeszcze, jak się kierować do murów obronnych i pomnika gen. Kutuzowa. Tam też można zobaczyć budynki, których nie odnowiono i są w słabym stanie. Normalnie, jakby czas się tam już zatrzymał… Ciężko mi było opuszczać to miasto, ale obiecałam sobie, że wrócę tam jeszcze.

Zupełnie niedaleko stoi Zamek Kliczków. Miejsce to (jak większość takich obiektów na Dolnym Śląsku) zostało ograbione w czasach wojennych, a potem pełniło funkcje wojskowo-szkoleniowe. Po sprzedaży w prywatne ręce, zamek dostał nowe życie, bo powstało tu centrum hotelowo-konferencyjne. Obiekt jest typowo komercyjny, więc „zwiedzić” go można jedynie z zewnątrz, ewentualnie skorzystać z restauracji. Całość jest zadbana i miło popatrzeć, że ocalała od zniszczenia.

Dopadł mnie zachód słońca, ubrałam na siebie dodatkowe warstwy i trzeba było szybko wracać. To „szybko” trochę mi nie wyszło, bo wybrałam dłuższą trasę przez Przemyski Park Krajobrazowy, ale było warto! Puste, gładkie, lekko kręte drogi i cudownie pokolorowane jesienią… W połowie trasy dopadła mnie przez to ciemność i zimno, ale bezpiecznie do domu dotarłam. Ta wycieczka była naprawdę udana!

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii Wycieczki małe i duże, Zamki i pałace | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Nabijamy kilometry :-)

Przez dwie ostatnie niedziele była piękna pogoda i nabiłam 500 km na wycieczkach. Pierwsza miała 260 km – rano wyskoczyłam zobaczyć, jak się ścigają samochodami na starym lotnisku w Oleśnicy, a o 13 pojechałam do Siechnic, gdzie miała być zbiórka do małej wycieczki.

Na miejscu okazało się, że ruszymy na 4 motocykle, ale dalej w trasę jedziemy już tylko we dwójkę. Z Michałem jeździłam już kiedyś, byliśmy razem na wyścigu w Brannej w 2016 roku. Wprawdzie obydwoje mamy już inne motocykle, ale jechało się fajnie w takiej parze.

Spytałam, gdzie właściwie jedziemy? A Michał na to, że: „nabijamy kilometry, nabijamy” i faktycznie tak było. Zupełnie odzwyczaiłam się od jazdy bez celu, zawsze staram się coś wymyślić, choćby fajne miejsce na kawę, a najlepiej to jakieś zwiedzanie.

To daje trochę inne spojrzenie na drogę, bo skoro ona jest celem – to jakoś bardziej zwraca się uwagę na otoczenie. Doceniałam, jak asfalt był cudny i zakręty, jak panorama się nagłe „otworzyła” przed nami, podpatrzyłam co tam ludzie na wsi robią. I tak kręcąc się bez celu 160 km pykło i w sumie byłam nawet zmęczona, znaczy się dostatecznie „wyjeżdżona” 🙂 .

Kolejną niedzielę spędziłam Bolesławcu i okolicach, ale o tym opowiem w kolejnym wpisie, bo zdradzę, że jestem pod sporym wrażeniem!

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii Wycieczki małe i duże | Dodaj komentarz

Pałacowa środa w Mojej Woli i Starym Sielcu

Jeszcze przez chwilę mam urlop, więc słoneczną środę postanowiłam poświęcić na małą wycieczkę. Wyszło ok. 240 kilometrów na odwiedzenie dwóch, ciekawych miejsc. Wyjechaliśmy z Emilem w okolicach południa w stronę miejscowości Moja Wola. Jest tam stary Pałac Myśliwski, który zachwycił mnie na zdjęciach od motocyklowych kolegów. Jest wyjątkowy, bo to wprawdzie budynek, jednak w piękny sposób połączony z przyrodą. Zewnętrznie pokryty jest korą dębu korkowego, a po jego ścianach wiją się pnącza.

Powstał latach 1854-1855 według projektu architekta Karłowskiego, ale w późniejszych latach był jeszcze rozbudowywany. Stworzono go dla księcia brunszwicko-oleśnickiego Wilhelma, następnie należał do barona Daniela von Diergardt i jego rodziny. Po wojennych losach, kiedy był min. miejscem przetrzymywania jeńców, trafił do włości Lasów Państwowych. Przez ponad 20 lat był siedzibą Technikum Leśnego, później był tam jeszcze Leśny Ośrodek Szkoleniowy oraz hotel dla pracowników leśnych. Teraz pałac jest w rękach prywatnych, jednak dbałość o niego, nie jest mocną stroną tego właściciela, niestety…

Wygląda okazale, jednak widać, że stoi i niszczeje. Powstała też inicjatywa jego ratowania: facebook.com/ratujmymojawole/. Ponoć czasami jakiś „opiekun” za 5 zł pozwala obejrzeć wnętrza, ale jak my tam byliśmy, to pod pałacem stał samochód i ktoś już tam wewnątrz „urzędował”. Zrobiliśmy trochę zdjęć i pojechaliśmy na obiad na wychwalaną rybkę w „Zajeździe u Bartka” i faktycznie – super smacznie!

Drogi Parku Krajobrazowego Doliny Baryczy bywają lepsze i gorsze, jednak mają swój urok. Wiją się przyjemnie przez lasy i obok jezior, a drzewa tworzą nad nimi sklepienia. Wrócę tam jeszcze, jak jesień pomaluje już liście w ciepłe barwy. A tak zupełnie przypadkiem, w Duchowie wpadliśmy na Bronisława i Marianka! Bronisław to świetnie zachowany wiatrak z 1671 roku! A Marianek to drewniany koń obok.

Kolejnym punktem wycieczki miał być pałac w Starym Sielcu. To było moje drugie podejście do tego miejsca, ponieważ dojście do celu jest tam nieco utrudnione. Nie da się tego zrobić główną drogą dojazdową, bo ten teren jest dzierżawiony z małym dworkiem, a nasza próba przejazdu zakończyła się niemiłą dyskusją z jakąś panią. Z drugiej strony polami nie bardzo da się wjechać motocyklem, chyba, że crossowym.

Postanowiliśmy spróbować jeszcze raz i spytaliśmy napotkaną mieszkankę tej miejscowości. Ona niestety nie znała innej drogi, ale nakierowała nas na profil Stowarzyszenia Przyjaciół Pałacu. Udało nam się dodzwonić do sympatycznego pana, który objaśnił mi, jak najszybciej dostaniemy się do pałacu. Po drodze spotkaliśmy jeszcze jedną mieszkankę, która udzieliła nam kolejnych wskazówek, żeby się kierować tam gdzie wskazuje zwalone drzewo. Prawdziwa przygoda! I wiecie co? Trafiliśmy bez problemu – małą, wydeptaną dróżką do figurki, a chwilę potem do pałacu.

Historie pałaców, które do tej pory oglądałam są podobne. Miały lata świetności, wojna je podniszczyła i rozgrabiono majątek, potem należały do posiadłości PGR-ów, by na koniec niszczeć w samotności. No chyba, że miały szczęście w postaci jakiegoś, zaradnego właściciela, który tknął w miejsce nowe życie. Ten pałac ma jednak zupełnie inną historię! On nie miał swoich lat świetności, ponieważ nigdy go nie ukończono.

Należał do rodziny Czartoryskich, jednak niesprzyjające okoliczności i wybuch wojny sprawiły, że został w stanie surowym, otwartym. Biorąc pod uwagę, że stoi już tak ponad 100 lat, to imponuje swoją wytrzymałością. Drzwi były otwarte, więc weszliśmy do środka. Jest tam piękna sala z kolumnami oraz cała masa większych i mniejszych pomieszczeń na każdym piętrze. Dwie wieże nie są oddzielone od bryły pałacu, a jedynie tworzą okrągłe pokoje na każdym jego piętrze. Największe zniszczenie widać na dachu, który powoli się zapada.

Obok jest lub było jakieś jezioro, jednak już całkiem zarosło. Cały park jest raczej dziki i niezbadany. Mnóstwo pracy i środków finansowych trzeba włożyć, by to miejsce mogło pełnić jeszcze jakąś funkcję. Jest w nim jednak jakaś magia, a może tylko niedokończona wizja architekta i niespełnione nadzieje pierwotnych właścicieli…

Ledwo udało nam się wrócić przed zmrokiem i coraz większym ochłodzeniem. To była bardzo udana wycieczka, choć o mały włos mogła się inaczej skończyć. Tego dnia od początku było coś nie tak, czułam, że motocykl nie jedzie jak zawsze, a zakręty wychodzą jakoś koślawo. W Trzebnicy chciałam się zatrzymać, żeby przepuścić pieszego na pasach i o mały włos, a uciekłoby mi przednie koło! Zatrzymaliśmy się kontrolnie, sprawdziliśmy klocki, oponę i wszystko wyglądało normalnie. Postanowiliśmy jeszcze na najbliższej stacji sprawdzić ciśnienie w oponie, choć sprawdzam regularnie i ubytków prawie nigdy nie było.

Tuż przed jedną z miejscowości był zakręt 90 stopni o dość trudnym profilu. Próbowałam się w nim złożyć, a motocykl nie chciał! Serce mi zaczęło walić, bo było zdecydowanie zbyt szybko na tak wyprostowany motocykl. Dwa razy na krótko zahamowałam, żeby prędkość wytracić i udało mi się zmieścić na centymetry przed krawędzią asfaltu i rowem. Jeżdżę tyle lat, ale nie zdarzyła mi się jeszcze taka sytuacja. Nawet jak bywało za szybko w zakręcie, to po prostu mocniej się składałam. A tu kompletnie motocykl nie chciał współpracować, leciał prosto i już! Na szczęście stacja była blisko i wyszło na to, że to jednak ciśnienie w oponie. Było tylko 1,4! Po dopompowaniu koła motocykl stał się taki jak dawniej, słuchał się i po kilkunastu kilometrach znowu zaczęłam mu ufać.

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii Wycieczki małe i duże, Zamki i pałace | Otagowano , | Dodaj komentarz

Różne odcienie tej samej pasji

Ostatnio zastanawiałam się nad tym, jak zmieniło się moje motocyklowe życie – emocje i odczucia z motocyklem związane. Jak różne są moje doświadczenia z jazdy motocyklem, które zaistniały 8 lat temu, a tym, co dzieje się teraz.

Początki mojej przygody z motocyklem były trudne, niosły wiele emocji i nie zawsze pozytywnych. To było wyzwanie, ale jednocześnie każdy, najmniejszy postęp umiejętności i motocyklowej wiedzy – dawał mi wiele radości. Nie mogłam doczekać się kolejnej jazdy, kręciłam się bez celu po okolicznych drogach, żeby tylko pobyć z motocyklem. Tęskniłam za tym. Każdą chwilę w trasie łapałam wszystkimi zmysłami. Widziałam więcej, czułam więcej, sens miałam. A moje motocykle nie były idealne, wygodne nawet nie były, wyprzedzać strach było. Ale niosły mnie, dodawały skrzydeł.

Nadal robię mnóstwo kilometrów w sezonie, nadal czuję ten pozytywny, błogi stan, gdy jadę motocyklem. Nie jest to jednak to samo. Zawsze jadę do celu i to ten cel jest głównym daniem dnia. Doceniam widoki dopiero wtedy, gdy są wyjątkowe, bo reszta już mi się „opatrzyła”. Motocykl mam szybszy, jeżdżę szybciej i lubię wyprzedzać. Zatraciłam gdzieś tą dziecięcą radość.

Czasem się odrywam i budzę do życia – jak wyjeżdżam na dłużej, jak każdy dzień niesie przygodę. Jak wcale nie jest komfortowo, ale wszystko jest nowe. Znów łapię wszystkimi zmysłami. Doceniam.

Z powodów finansowych nie robię tego często. A chciałabym szukać, odkrywać, czuć jak dawniej…

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii O czym myśli blondynka? | Dodaj komentarz

Nieśmiertelnik dla motocyklisty

Jakiś czas temu wpadłam na pomysł, żeby przy kluczykach motocyklowych nosić numer telefonu. Po co? Bo jak je zgubię, to albo ktoś ich użyje, albo będzie chciał oddać. Wierzę jednak, że świadomość tego, że to kobiece kluczyki motocyklowe sprawi, że jednak je odda 😀 . Choćby z ciekawości. A w sytuacji, gdy nie będzie przy nich żadnych wskazówek – szanse na takie oddanie spadają do zera.

Numer napisałam na takim zwykłym, plastikowym breloku do kluczy, szukałam jednak lepszego i „ładniejszego” rozwiązania. I tak wpadłam na stronę nieśmiertelników. Cieniutka blaszka, z amortyzującą gumą – super! Przeczytałam przy okazji, co na takim nieśmiertelniku można umieścić.

Wiecie co to są numery ICE? To takie międzynarodowe oznaczenie (In Case of Emergency) numerów telefonów, do których ratownicy powinni dzwonić w pierwszej kolejności. Dlatego dobrym zwyczajem (a nawet obowiązkiem) jest to, by w książce telefonicznej bliskie osoby podpisać np. ICE1 mama, ICE2 brat.

Te osoby powinny szybko się dowiedzieć, co się stało i gdzie jesteśmy, ale także mają sporą wiedzę na nasz temat dotyczącą, choćby alergii, przewlekłych chorób, odbytych operacji itp. Czasami słyszy się, że noszenie informacji o grupie krwi przy sobie jest ważne, jednak należy pamiętać, że jedynie medyczną kartę grupy krwi ratownicy mogą wziąć pod uwagę. Dlatego wybijanie jej na nieśmiertelniku czy wytatuowanie – nie ma większego sensu.

Tu fajnie na ten temat wypowiada się ratownik:

I wszystko spoko, ale telefony w czasie wypadków też mogą się uszkodzić, a po drugie zabezpieczamy do nich dostęp PIN-em, wzorem czy odciskiem palca. Dlatego właśnie dużo lepszym pomysłem jest umieszczenie kontaktów ICE na nieśmiertelniku przy kluczach. Czy jak niektórzy wolą – z łańcuszkiem na szyi czy bransoletą.

Sens ma jeszcze wytłoczenie imienia, nazwiska i numeru PESEL dla potrzeb służby zdrowia. Choć ja takie informacje wolę mieć jedynie w swoich dokumentach. Taki nieśmiertelnik może być także oryginalną ozdobą z jakąś sentencją czy wyznaniem. A do tego można dobrać sobie kolor jego gumowej ramki.

Dlaczego wybrałam nieśmiertelnik? Bo jest trwały, lekki, ma gumową osłonkę i można na nim czytelnie wytłoczyć cokolwiek (z polskimi znakami). Są wykonane z chirurgicznej stali nierdzewnej, a wybijane na nich dane nie zetrą się, ani nie ulegną zniszczeniu podczas wypadku.

Nieśmiertelniki nie kosztują wiele, a samo ich używanie nie uratuje życia, jednak znacząco pomoże innym je ratować.

Nieśmiertelniki (pod różną postacią – breloków, naszyjników lub bransoletek paracord) można zamówić na: Wybijanie nieśmiertelników Engrave.pl

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii O czym myśli blondynka? | Otagowano , | Dodaj komentarz

Jak zorganizować charytatywną zbiórkę rzeczy?

Pisałam Wam kiedyś, że moim marzeniem było zrobienie takiego spotkania motocyklowego, by wniosło też trochę dobra w życie innych ludzi. Nie tylko zlot, czy paradę, ale realne pomaganie. W Brzegu Dolnym, gdzie mieszkam od roku był klub MotoPasja Brzeg Dolny, więc tam dołączyłam i zaczęłam działać.

Pomyślałam, że najlepiej taka akcję zbiórki zrobić przy okazji innej, dużo większej imprezy w mieście i padło na gminne dożynki. Udałam się do Dolnobrzeskiego Ośrodka Kultury i potem już wszystko poszło pięknie, bo współpraca z ich strony była wzorowa!

Początkowo mieliśmy zbierać rzeczy tylko dla Domu Dziecka w Krzydlinie Małej, ale potem padł pomysł, by zapytać, jakie są potrzeby w Gminnym Ośrodku Pomocy Społecznej. A tam największego wsparcia potrzebowali seniorzy, którzy znaleźli się w trudnej sytuacji życiowej. Dodatkowo poszerzyłam zbiórkę o rzeczy używane, typu pościel i koce dla zwierząt w schronisku. Przygotowaliśmy 3 kartony, a jeden z nich dzieci ozdobiły.

Impreza była zaplanowana na 1 września w Żerkówku, gdzie po zbiórce mieliśmy się udać, paradą przez Brzeg Dolny, do Domu Dziecka w Krzydlinie Małej. Coś mnie tknęło, że oprócz informowania policji o paradzie, gdzieś trzeba taką zbiórkę zgłosić. Okazało się, że faktycznie – trzeba to zrobić w MSWiA, by zbiórka znalazła się na liście oficjalnych zbiórek na zbiorki.gov.pl. Takie zgłoszenie mogą składać różne organizacje, ale także zwykły, społeczny komitet, składający się z 3 osób. Szybko taki założyliśmy i wypełniliśmy potrzebne wnioski.

Formalności jednak trwają tydzień, a ja miałam już tylko 5 dni! Na szczęście trafiłam na bardzo sympatyczną urzędniczkę, która tak pokierowała procedurą, by zdążyć na czas. Otrzymaliśmy numer zbiórki i zrobiłam identyfikatory. Uff, wszystko dopięte! W pozostałych sprawach pomagali mi koledzy z klubu Motopasja.

Powstało wydarzenie na facebooku i regulamim przejazdu w paradzie. Tam też była dostępna lista potrzeb poszczególnych miejsc, gdzie motocyklowa pomoc miała dotrzeć.

Ale…. jednak nie na wszystko mamy wpływ, np. na pogodę kompletnie nie mamy, więc rozpadało się idealnie na starcie festynu! No co za pech! Podłamałam się nieco, że tyle roboty pójdzie na marne… Deszcz to nasilał się, to słabł, ale jednak nie odpuszczał. Na festynie było 7 motocykli, potem na miejscu zbiórki 12, ale ostatecznie na paradę wyjechało ok. 30 maszyn. Trasę nieco skróciliśmy, ale pogoda nas nie pokonała!

Zrobiliśmy nieco hałasu, ale przede wszystkim daliśmy wiele radości dzieciom. Mogliśmy wjechać na teren Domu Dziecka, wejść na górę do dzieci, a potem część z nich mogła z bliska zobaczyć nasze motocykle i nawet na nich usiąść. Zawieźliśmy też wielki wór zebranych prezentów.

Przez tą pogodę nie było szału z ilością zebranych darów, ale wstydu też nie było. Myślę, że każda akcja, która niesie pomoc jest warta organizacji! Pozostałe rzeczy zliczyliśmy w niedzielę i kolejne worki trafiły do GOPS-u i schroniska we Wrocławiu. Na koniec trzeba jeszcze wysłać do MSWiA sprawozdanie ze zbiórki, zliczenia i jej rozdysponowania.

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii O czym myśli blondynka? | Otagowano , | Dodaj komentarz

Słodko-gorzki wypad do Czech

Początkowo plan był taki, by 3 dni poświęcić na „czeską szwajcarię”, jednak okazało się, że inne, ważne sprawy pokrzyżowały nam plany. Wyjechaliśmy z Emilem w sobotę popołudniu do Campu w Czechach, a rano mieliśmy zaliczyć: jaskinię Pekelne Doly, trójstyk oraz zamek Frydland. Pogoda była niepewna, nieco kropiło, a ja mam przedni chlapacz w naprawie i nieźle mi lało po kasku! Na szczęście potem się rozjaśniło i niedziela też była pogodna. Do przejechania było ok. 230 km i nawet przez myśl nam nie przeszło, że nie zdążymy przed zmrokiem.

Jechaliśmy raczej żwawo i nie wiem, gdzie te minuty uciekały. Musieliśmy się też zatrzymać w markecie, bo się okazało, że zapasy jedzenia zostawiliśmy w… lodówce! Dzień już jest zdecydowanie krótszy i ciemność nas dopadła na najbardziej krętej partii trasy i w dodatku w lesie! Powiem Wam że dawno tak nie byłam zestresowana! Droga była wąska, tak na jeden samochód i do tego kręta jak diabli. Przy zakręcie 180 stopni momentami reflektor oświetlał mi głębokie skarpy i przepaście po bokach drogi. Emil mi co chwilę znikał za skałami w zakrętach i otaczała mnie już tylko zupełna ciemność. Jechałam z umiarkowaną prędkością, żeby w zaskakującej sytuacji mieć jeszcze czas na hamowanie. Serce mi waliło i wypatrywałam tablicy z nazwą miejscowości, gdzie mieliśmy nocleg. Dojechaliśmy kwadrans przed zamknięciem recepcji…

Nocleg był tani, komfort bardzo niski, ale w górach zawsze się człowiek wysypia. W naszym domku, a raczej takim drewnianym „kurniku” z jednym okienkiem, stały 2 łóżka piętrowe, malutki stolik i 2 regały zbite cienkiej płyty. Jak się za mocno człowiek ruszał, to cały domek się trząsł 😀 . Łazienki z prysznicami były, ale ciepła woda się skończyła (rano dopiero wróciła). Przygoda to przygoda, chodziło tylko o szybki i tani nocleg, żeby od rana był czas na zwiedzanie.

W niedzielę ruszyliśmy na Pekelne Doly – to taka knajpka, którą stworzono w jaskini. Motocykliści mogą tam wjechać nawet do środka, są wyznaczone pasy do jazdy, jak i miejsca siedzące. To kultowy punkt motocyklowy i raz warto tam pojechać. Z pewnością jest to miejsce jedyne w swoim rodzaju.

Trasa do jaskiń z miejsca noclegu wcale nie była łatwiejsza, tyle, że w dzień pokonywana. Chyba się wyleczyłam z tamtego regionu… Lubię zakręty, ale wąskie ścieżki bez pola widzenia (a dwukierunkowe) i z przepaściami po bokach – to już niekoniecznie. Zaparkowaliśmy przed jaskinią, żeby zobaczyć co i jak. Była jakaś budka z biletami, ale płacili tam tylko turyści bez motocykli.

Weszliśmy do środka, gdzie było przyjemnie chłodno i panował półmrok. Jak na piekielne miejsce przystało – są tam zamknięte drzwi do piekła, skąd dochodzą niepokojące dźwięki i kilka innych „ozdób” z piekła rodem. Na miejscu zjedliśmy smażony ser z frytkami, a potem wjechaliśmy do środka zrobić kilka zdjęć. Motocyklistów ciągle przybywało i już po chwili cały plac przed knajpą był nimi zastawiony.

Potem udaliśmy się na taki punk graniczny, gdzie łączą się ze sobą 3 państwa: Polska, Czechy i Niemcy. Zatrzymaliśmy się na parkingu przy stacji benzynowej, a dalej trzeba było iść pieszo. Nie jest to miejsce jakoś szczególnie przyozdobione. Trzy słupki graniczne i flagi, po polskiej stronie oczywiście wielgaśny krzyż. Stronę czeską i polską rozdziela mały drewniany mostek, a niemiecką już większa rzeka.

Ostatnim punktem wycieczki był czeski zamek Frydland, który leży całkiem blisko granicy. Mieliśmy wielkie szczęście, że akurat trafiliśmy na zbiórkę grupy z polskim przewodnikiem! Całe zwiedzanie trwało dwie godziny i powiem Wam, że cudnie zamek jest w środku zachowany, ma mnóstwo urządzonych pokoi i sal. Niestety jest tam też zakaz fotografowania, dlatego mam dla Was jedynie kilka fotek zewnętrznych. Po prostu to trzeba zobaczyć samemu!

Znowu groził nam powrót po nocy, jednak to nie był problem. Największy pech spotkał mnie w okolicy Złotoryi. Zatrzymywaliśmy się, żeby zrobić zdjęcia ruin kościoła w małej miejscowości. Pojedyncze, wysokie ściany i wieża na skraju zawalenia robiły wrażenie. Po zrobieniu fotek telefon wsadziłam do saszetki z okienkiem, gdzie zwykle mam nawigację. Z Złotoryi musiałam zawracać i prawdopodobnie wtedy uchwyt saszetki mi się połamał, a telefon przepadł!

Bardzo go lubiłam, bo miał wysokiej rozdzielczości aparat, małe wymiary, a na karcie tysiące fotek z moich podróży…. Brak zauważyłam parę kilometrów dalej, a telefon już miał wyjętą kartę. Zgłosiłam sprawę na policji, jednak ponoć, gdy nie mam dowodów, że to kradzież (bo może leży gdzieś w trawie) to nic z tym nie mogą zrobić… Zdołowało mnie to trochę, miałam go dopiero pół roku. Musiałam kupić jakiegoś taniego chińczyka, żeby jakoś funkcjonować. Weekend był wspaniały, ale jego zakończenie było już beznadziejne!

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii Mam prawko, Wycieczki małe i duże, Zamki i pałace | Otagowano , | Dodaj komentarz

Pałac Jedlinka i pancerny pociąg Hitlera

Mam zaległe 3 wpisy i powoli biorę się za nadrabianie. Miałam mało wolnego czasu, bo organizowałam charytatywną zbiórkę rzeczy połączoną z paradą motocyklową. No i zgubiłam telefon niestety, gdzie miałam mnóstwo zdjęć z moich wycieczek. Zostało mi tylko to, co zdążyłam na facebooka wrzucić. Telefon był nowy i wcale nie tani, a odleciał mi razem z saszetką do nawigacji z kierownicy w czasie jazdy. Prawdopodobnie to było w Złotoryi i ktoś go znalazł, bo kartę wyciągnął.

Trochę mnie to wszystko podłamało. Bo to nie tylko o koszt zguby chodzi, ale i o wartość sentymentalną. Zdjęcia z ostatnich wypadów, które nie zgrałam i przywiązanie do tego modelu. Teraz mam jakiś tani, duży i to wcale nie jest to samo… No cóż, trzeba się ze zgubą pogodzić i do przodu iść, tfuu jechać.

W niedzielę, bodajże 19 września, nie miałam pomysłu na wyjazd to dołączyłam do wycieczki Motocyklowych Łowców Przygód. Celem był Pałac Jedlinka w Jedlinie Zdrój i Pancerny pociąg Hitlera obok. Już chyba ze 2 lata nie jeździłam z dużą ilością motocykli, po tym jak poczekałam na ostatnich w grupie, jednak już nikt nie poczekał na nas. Wiem, że to trudne – ogarnąć te 50 osób. Jednak priorytetem powinno być to, żeby grupę w całości doprowadzić do celu. Jedna osoba znająca układ trasy, która zamyka stawkę to podstawa. O kulturze jazdy w grupie nie wspomnę.

Po dwóch latach spróbowałam znowu i w sumie ucieszyłam się z tego, że kultura jazdy jest o niebo lepsza. Każdy w miarę trzymał swoje miejsce, a Ci najszybsi pojechali całkiem przodem. Ja byłam jakoś w środku, starając się dostosować prędkość tak by widzieć tych z przodu, a nie zgubić tych z tyłu.

Wszystko było pięknie, tak jakoś do Świdnicy, gdzie na światłach została znaczna część grupy, a przód popędził sobie dalej. Ja załapałam się na ogon tego przodu i znowu odstawałam na tyle, żeby Ci ruszający ze świateł mieli szansę mnie dojrzeć. Ale potem wielokrotnie skręcaliśmy i reszta nie miała możliwości dojechać. Na szczęście był tam jakiś ogarnięty człowiek z nawigacją i ogon doprowadził. Wracałam już sama i chyba znowu zrobię sobie ze 2 lata przerwy od dużych grup, bo ja się niestety wszystkim przejmuję 😀 .

Było nas ok 50 osób, więc załapaliśmy się na promocję biletową i zwiedzaliśmy w 3 grupach. Moja zaczęła od krótkiego filmu, potem obeszliśmy pałac, by zakończyć zwiedzanie na pociągu. Pałac, jak większość na Dolnym Śląsku, miał swoje czasy świetności i blasku, później stał się bazą hitlerowskiej organizacji Todt, by na koniec w sali balowej zamieszkały… świnie! Serio! Pałac po wojnie był używany jako budynek PGR. Nowi właściciele odnawiają go powoli, starając się zachować historyczne ślady świetności pałacu.

Pancerny pociąg Adolfa Hitlera America to po prostu kopia kilku jego wagonów. W środku jest kilka miejsc siedzących i ogląda się tak krótki film dokumentalny. Może dla fanów historii to jest coś „WOW”, dla mnie jakoś nieszczególna atrakcja, ale dowiedziałam się, że taki pociąg istniał i jakie były jego losy.

Niestety zdjęć mam tylko 30, bo tyle wrzucić zdążyłam na facebooka. Z wycieczki miałam ok. 100…

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii Wycieczki małe i duże, Zamki i pałace | Otagowano , | Dodaj komentarz

Jak zrujnować piękne pałace w kilka lat?

W świąteczną środę zrobiliśmy sobie z kolegami drugą wycieczkę w stylu „urbex”. Odwiedziliśmy dwa opuszczone i (niestety) zrujnowane pałace. Dolny Śląsk ma wiele takich pałaców, ucierpiały one głównie na zmianach ustrojowych. Najpierw otrzymywali je pracownicy PGR-ów jako budynki mieszkalne, a po upadku tego typu gospodarstw – nikt się już nimi nie interesował. Ludzi wysiedlano, a pałace zostawały opuszczone, rozgrabione, niszczone… Tylko pozostałe ślady historii i stare fotografie zdradzają dawne bogactwo tych miejsc. Odwiedzając je czuję smutek, że tak się ich historia zakończyła, ale i dziwię się, że pałace rozkradane były i dewastowane, zamiast być pod ludzi ochroną, otoczone szacunkiem.

Pierwszy pałac należał do rodziny Zobeltitzów i znajduje się w miejscowości Glinka. On pobudził moją wyobraźnię, także z innego powodu, ponieważ zwą go „Pałacem Samobójców”. Legenda głosi, że został on postawiony na cmentarzu dla samobójców. Po latach świetności popadł w ruinę i znowu samobójcy wybierali sobie to miejsce. Za pałacem są drzewa i to na nich przewieszali linę… Potem obcinano tą gałąź, a z niej powstawał krzyż na grób samobójcy.

Nie mogłam się doczekać, żeby zobaczyć to miejsce. Ale czasem jest tak, że to wyobrażenie powoduje więcej emocji, niż z tym miejscem kontakt. Może oczekiwałam jakiegoś elementu grozy? Negatywnych wibracji? Zobaczyłam jednak tylko ruiny. Z zewnątrz zdradzały swój pałacowy charakter, a wewnątrz było już całkiem zwyczajnie.

W tej miejscowości jest też kościół, ze starymi płytami cmentarnymi i kilkoma grobami:

Drugi pałac w Bełczu Wielkim ucierpiał głównie przez przepychanki sądowe. Jeszcze niedawno był ośrodkiem dla młodzieży, potem miała się nim zająć jakaś fundacja, a ona go najzwyczajniej sprzedała. Właściciele starzy i nowi przepychali się w sądzie, a pałac niszczał tak sobie, całkiem otwarty. Potem dach został podpalony i właściwie to nie ma już tam co ratować…

Koledzy już byli w tych pałacach, więc do środka zaprosili mnie przez… piwnicę. A wszystko po to, żebym wchodząc głównymi drzwiami nie zobaczyła tego, co pałac ma najpiękniejsze. Faktycznie piwnice były ciemne, straszne i kryły pozostałości z działania ośrodka wychowawczego. A wejście od głównych drzwi kryło piękną salę z kolumnami i schodami po obu stronach. Niestety wszystko jest zniszczone, a pałacowe klimaty odkryć można czasami, jedynie na suficie.

Jadąc do pałacu zauważyłam kątem oka jakieś fajne wieżyczki. Okazało się, że to pałacowe zabudowania i stodoły. Na tym samym podwórku była też opuszczona gorzelnia.

Na koniec byłam głodna i chciało mi się pić, oczywiście koledzy mieli polewkę, że to u kobiet klasyka: „głodna jestem, pić mi się chce, gdzie jest toaleta i zimno mi”. To ostatnie odpadało, bo było całkiem ciepło haha. Po drodze napatoczył się MC, każdy coś tam zamówił, a koledzy chyba też byli głodni, bo po posiłku wyraźnie przyspieszyli. Jednak nie tak od razu dotarliśmy do domów, bo nagadać się jeszcze na koniec musieliśmy 🙂 To był świetny dzień!

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii Wycieczki małe i duże, Zamki i pałace | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Pałac Marianny Orańskiej w Kamieńcu Ząbkowickim

Weekend spędziliśmy z Emilem w Kotlinie Kłodzkiej. W sobotę była imprezka rodzinna, a w niedzielę postanowiliśmy coś zwiedzić. Początkowo myśleliśmy o spływie kajakowym, ale stan wody w Nysie Kłodzkiej jest tak niski, że kajak trzeba ciągle przenosić – zostawimy to na inną okazję. Pałac Marianny Orańskiej towarzyszył mi od dziecka, ponieważ lubiłam z psami szwędać się po okolicy, a on zawsze był gdzieś w tle. Dwie wieże ponad linią lasu tworzą bajkowy klimat.

Kilka lat temu gminie udało się odzyskać pałac z rąk prywatnych, ponieważ zmarł jego właściciel. Wcześniej jednak jego stan znacznie się pogorszył i wszędzie wałęsały się przygłodzone psy. Gmina zainwestowała w remonty, które nadal trwają, ale sporą część pałacu można już obejrzeć. Kontrowersyjna jest cena biletu w wysokości 25 zł, ale nie żałowałam tych pieniędzy, bo pałac robi wrażenie.

Marianna Orańska była niderlandzką księżniczką, która wiele zainwestowała w Kotlinę Kłodzką. Rozbudowała część uzdrowiskową i chętnie pomagała okolicznym mieszkańcom. W życiu prywatnym zdecydowała się na bardzo odważny krok – po rozwodzie związała się z pracownikiem pałacu. Nie zrobiła tego potajemnie, jak było zwyczajowo poprawnie, tylko pojawiała się wszędzie ze swoim partnerem i wspólnie wychowywali dzieci. Gdy w konsekwencji otrzymała zakaz wchodzenia do pałacu drzwiami, to wchodziła tam oknem (tak i dzisiaj się zwiedza), a gdy na terytorium Polski mogła przebywać tylko 24h, to na noc przenosiła się na stronę czeską, kilka kilometrów dalej. Żyła po swojemu, kochała swojego partnera i nikt jej w tym nie przeszkodził.

Pałac ma ok 100 pomieszczeń, budynek i ogród był zaprojektowany przez światowej sławy architektów, a wszystkiego doglądała Marianna. Obecnie pomieszczenia są w dobrym stanie, jednak nie mają praktycznie żadnego wyposażenia z tamtych lat, można je jedynie zobaczyć na starych fotografiach. W witrynach znajdują się drobne rzeczy znalezione w pałacu. W jednej sal są zdjęcia pałacu w chwili przejęcia i dopiero można docenić ogrom prac, jaki został wykonany do dnia dzisiejszego. Opowieści pani przewodnik ubarwiają całą wycieczkę, a zwiedzanie trwa ok. 1,5 h.

Facebook Comments
Zaszufladkowano do kategorii Wycieczki małe i duże, Zamki i pałace | Otagowano | Dodaj komentarz