Dziabąg na torze w Starym Kisielinie

Szkoła Jazdy Wolski&Gliga zaprosiła mnie na swoje pierwsze szkolenie motocyklowe na torze, udzielałam się tam też także organizacyjnie, co mi się nawet spodobało. Wieczorem pakowaliśmy na lawetę, aż 7 motocykli! To potrwało dość długo i dopiero ok 22 w sobotę dotarliśmy na miejsce noclegu, spałam w pokoju z 2-ma kolegami i skończyło się tak, że dali mi pospać jedynie 4 godzinki :-) .

W szkoleniu wzięło udział 24 motocyklistów. Na początku był mały wykład teoretyczny, o tym jak prawidłowo współpracować z motocyklem i wykorzystać tor do nauki. Następnie w 3 grupach o różnym stopniu zaawansowania, wraz z instruktorami, na fragmentach toru wykonywane były przeróżne ćwiczenia. Na koniec, już w podziale na dwie grupy, można było jeździć po całym torze, a nawet wziąć udział w małym wyścigu.

Instruktorzy nauczyli mnie prawidłowego toru pokonywania zakrętów i dobierania biegu, bo na początku ciasny zakręt pokonywałam na 2-jce i strasznie walczyłam z motocyklem, na kwadratowo jadąc. Po zbijaniu na jedynkę przed nawrotem – szło mi już całkiem gładko. Funkcjonowałam jakoś rano i sobie po torze pojeździłam, jednak popołudniu już odpuściłam, bo mała ilość snu i cały dzień na słońcu, kompletnie zburzyły moją koncentrację i zabiły chęć do jazdy.

Mimo podniesienia kierownicy nie czuję się jeszcze na Dziabągu bardzo komfortowo, jednak muszę ją zmienić na bardziej turystyczną. Na zdjęciach widzę też, że nie mam do końca prawidłowej postawy na motocyklu (jedną stopę mam „na kaczora”, na zewnątrz) i za mało luźne ręce. Najbardziej się cieszę, że przekonałam się do tego motocykla w zakrętach i już nie boję się na nim składać (wcześniej jakoś nie miałam zaufania). Mam nadzieję, że to nie ostatnie moje szkolenie i kolejne wykorzystam już w pełni!

Opublikowano Dziabąg, Wycieczki małe i duże | Skomentuj

Nolan N40 full i Buse Carrara – moje wrażenia

Jeden z czytelników tego bloga był ciekawy mojej opinii na temat kasku, w którym obecnie jeżdżę i zmotywował mnie do podzielenia się opinią na temat Nolana N40 full. To już drugi kask modułowy w jakim mam okazję podróżować i jest to mój ulubiony typ kasku. Dlaczego? Dlatego, że zaczynałam swoją przygodę z motocyklami od kasku enduro z szybą, który oferuje genialną widoczność, przestrzeń i światło. Zmieniłam go na modułowy, bo zachował te cechy, a jednocześnie jest bardziej szczelny i cichy.

Przez chwilę przesiadłam się na normalny kask integralny, żeby się przekonać, że to nie dla mnie. Żeby cokolwiek w nim zobaczyć trzeba mocno obracać głowę, okulary parują i ogólnie jest w nim ciemno, prawie klaustrofobicznie. Ale zrozumie to tylko ten, kto choć raz spróbował przestrzeni kasku otwartego, enduro, albo modułowego. Zdaję sobie sprawę, że mniejsza szczęka – to mniejsze bezpieczeństwo, ale mniejsza widoczność – to mniejsze bezpieczeństwo na co dzień. To moje zdanie i raczej go nie zmienię :-)

Wszystkie kaski modułowe są dość szerokie w szczęce i mocno podwiewa w nich dołem, to mnie wkurzało w moim wcześniejszym kasku HJC Is Multi, który był głośny i nie miał dedykowanego podbródka (coś tam wycinałam i dopasowywałam podbródka do LS2) ani pinlocka (stosowałam uniwersalną wklejkę, mniej skuteczną). Daszek bardzo w nim hałasował, a szczęka po wyciągnięciu trudno się wkładała, praktycznie nie było to możliwe z kaskiem na głowie.

Nolan N40 full w droższej wersji ma podbródek, jednak jesienią mocno w nim paruje szyba i trzeba się liczyć z wydatkiem ok. 100 zł na dedykowanego, dużego pinlocka. Nolan jest odczuwalnie lżejszy od HJC, bardziej szczelne i lepiej położone ma uszczelki szyby, więc po twarzy nie wieje prawie wcale. Szczęka gładko się wyciąga, choć robię to sporadycznie bo np. napić się można w pełnym kasku swobodnie.

Do wad muszę dodać znaczny hałas i zawirowania powietrza przy brodzie, producent chyba to zauważył bo podbródek ma takie dwa spojlery do kierowania powietrza. Latem to nawet przyjemne, ale jak jest zimno to trzeba kominiarkę ubrać lub wysoki komin. Do 80km/h jest w nim nawet cicho, po jego założeniu także czuć to wyciszenie otoczenia. Daszek o specyficznym kształcie raczej nie hałasuje, jest neutralny i nie robi oporów, przy czym cudownie odcina słońce od twarzy (dzięki temu nie ma efektu zmęczenia po długiej jeździe w słońcu) i przydaje się, gdy razi, będąc już nisko.

Nolan wykluczył wady HJC, jednak nadal nie jest to dla mnie kask idealny. Wkurzające podwiewanie dołem, hałas i chłód jesienią – to sprawy, które mam nadzieję, wykluczy mój kolejny kask :-) .

Testowałam także jeansy Bull-it SR6 i pełny test przeczytacie na motocainie:
www.motocaina.pl/artykul/bull-it-sr6-test-damskich-jeansow-motocyklowych

IMG_3763A jak się spisują moje Sidi Vertigo Lei? Jest coś takiego w butach Sidi, że one po jakimś czasie zlewają się ze swoim właścicielem. Kiedyś wydawały mi się zbyt toporne, sztywne i mało wygodne. Ostatnio musiałam w nich kawałek podbiec i zdałam sobie sprawę, że robię to z łatwością. Nawet nie wiem kiedy, zamieniły się w wygodne i dopasowane do mojej stopy (bardzo przydatna jest tu regulacja w łydce). Przejeździłam w nich całe lato i fakt, że jest w nich ciepło, ale gdy używa się termoaktywnych skarpetek to można uniknąć smrodu, który morduje po zdjęciu buta :-) . Jesienią można w nich zmarznąć bo są przewiewne, wtedy skarpety trzeba już grubsze założyć. Mój model nie jest wodoodporny, ale po spryskaniu butów impregnatem – bez problemu wytrzymały ulewę. Ogólnie jestem z nich zadowolona i czuję się w nich bezpiecznie.

20160711_193809Całkiem niedawno kupiłam kurtkę Buse Carrara, bo trafiła się okazja wyrzedażowa. Złamałam przy tym zasadę, że moja kolejna kurtka ma mieć wypinaną membranę i praktycznie od razu tego pożałowałam. Nie trafiłam jeszcze na kurtkę z membraną, która daje sobie radę w 30 stopniach na zewnątrz. W każdej czuje się jak w reklamówce! Pot cieknie po plecach i organizm jest przegrzany. Do tego Buse ma wentylacyjne zamki jedynie wzdłuż tułowia (pod pachą już nie) i przy nadgarstkach (powyżej łokcia już nie), co się w upały kompletnie nie sprawdza. Siatkowe wnętrze nieco ratuje sytuację, inaczej w upały ciężko by było się od niej odkleić. Materiał 300 D nie daje też komfortu termicznego jesienią, już przy 15 stopniach trzeba zakładać podpinkę. Ma też zbyt niską stójkę, co jest plusem latem, jednak minusem jesienią.

dsc09193

Membrana dość dobrze chroni przed wiatrem, nie czuje się go, jednak przed chłodem poniżej 15 stopni już nie. Testowana była także w deszczu i daje radę ok 1 godziny, potem przemakają rękawy. Na plus można zaliczyć wygląd, jest ładnie wcięta w talii, przy czym nie krępuje ruchów w barkach. Ma dobrą do turystyki długość i jest ładnie uszyta w każdym detalu. Być może zbyt wiele oczekuję od kurtki za 700 zł w cenie regularnej? Ale byłam pewna, że nowa kurtka znacznie poprawi mi komfort jazdy, jednak okazało się, że moja stara Probiker Monaco nie jest taka zła :-) .

Chętnie posłucham Waszych opinii na temat damskich kurtek i membran. Chciałabym trafić na taką, z której będę zadowolona. Zapraszam też do przekazywania mi odzieży motocyklowej na testy, choć ostrzegam, że będę szczera do bólu! :-)

Opublikowano Testy | Otagowano , , , , , | Skomentuj

Mija tydzień, a tu wpisu nie ma?

No tak jakoś wyszło… chyba bardziej dlatego, że weekend był deszczowy. Nie działo się wiele… hmm… byliśmy na 3-ciej części Bridget Jones w kinie i powiem Wam, że sympatycznie się oglądało matkę Bridget w „wieku geriatrycznym”. Zwykle kolejne części filmów pogrążają/zabijają coraz bardziej wątek główny, a ten film mimo kilku odsłon, pozostaje na tym samym, fajnym, komediowym poziomie. Potem musiałam wrócić z Kotliny Kłodzkiej do Wrocławia i nie byłoby w tym nic wyjątkowego, gdyby nie to, że świadomie musiałam to zrobić w deszczu!

received_561840917338119Zanurkowałam w swoim kufrze, gdzie wożę rzeczy na czarną godzinę i znalazłam: osłony butów na deszcz (polecam, bo takie z podeszwą i zapinane jak kozaczki), rękawice gospodarskie w kolorze wrzosowym (idealnie wchodzą na rękawice motocyklowe) oraz spodnie przeciwdeszczowe, którym jednak nie ufam i spryskałam je dodatkowo impregnatem w sprayu. Kurtka Buse jest nowa i ponoć ma przeciwdeszczową membranę – to postanowiłam ją na żywca przetestować!

Deszcz napadł mnie na starcie, potem po środku było suchutko i na koniec 90-kilometrowej trasy zaatakował znów we Wrocławiu, i to ze zdwojoną siłą! Miałam problem ze zmianą pasa nawet, bo w lusterkach i przez zalaną szybkę kasku niewiele widziałam… Ciuchy też się poddały przy tej ulewie – spodnie przemokły od spodu, jakby od wody spod tylnego koła, a rękawy kurtki już po całości. Podstawą przy takiej aurze jest pinlock w kasku, dzięki któremu nie musiałam walczyć z parowaniem szybki.

Za mną w samochodzie jechał Emil i tak mu mnie było szkoda, że na spóźniony prezent urodzinowy dostałam kombinezon na deszcz. Jak pamiętacie – to już drugi w mojej karierze, ale ten mierzyłam w sklepie stacjonarnym, więc rozmiar tym razem mam dobrany. Teraz już mi deszcz nie straszny, choć jak zobaczyłam roboty jest z włożeniem tego „kondoma” na ciuchy motocyklowe, to z pewnością ubierać go będę tylko w ostateczności! :-D

W tygodniu, popołudniu pojechaliśmy z Emilem zobaczyć Zamek na wodzie w Wojnowicach. Chcąc ominąć zapchany korkami Wrocław, postanowiliśmy pojechać przez Dolinę Baryczy. Trasa niby na 38 minut wg google, a zajęła nam chyba z 1,5 godziny! Mnóstwo wybojów, a raz nawet taki remont, że asfaltu nie było na 3 kilometrach trasy. Dotarliśmy na miejsce tuż przed zmrokiem (co teraz oznacza godzinę 19), restauracja była zamknięta, więc tylko obejrzeliśmy z grubsza zameczek, co w zielonej wodzie stoi i pojechaliśmy na gorącą czekoladę na stację paliw.

Nie czuję się jeszcze, tak mega komfortowo na Dziabągu, o ile jazda nim nie sprawia mi trudności, tak zakręty i składanie się w nich – jeszcze traktuję z dużą dozą marginesu. Jeżdżę nim codziennie do pracy (pogoda póki co pozwala i chwała jej za to), ale nie zbudowaliśmy między sobą totalnego zaufania, że JA i ON to jedność. Za krótko się znamy… Ze mną trzeba pochodzić :-) , tfu pojeździć haha.

20160917_120302Ale udało mi się w Dziabągu podnieść kierownicę (wybrałam kolor czarny tego podwyższenia), co zdecydowanie podniosło komfort mojej operowanej ręce i już nie boli mnie tak intensywnie po jeżdżeniu. Przedłużyłam też przedni błotnik, tym niemarkowym zamiennikiem za pół ceny, który okazał się wyglądać zupełnie jak ten droższy. Myślę, że to już koniec dostosowywania tego motocykla, teraz już powinniśmy się zgrać bardziej!

Opublikowano Dziabąg, Wycieczki małe i duże | Skomentuj

Branna 2016

Odkąd odkryłam czeskie wyścigi miejskie w Horicach i Brannej, to stały się one dla mnie punktem obowiązkowym w motocyklowym grafiku wycieczek. Podczas ubiegłego weekendu odpicowane motocykle historyczne ścigały się w Brannej, a ja postanowiłam pojechać tam w niedzielę. Dałam posta, że się wybieram, ale w obliczu panujących upałów odzew był znikomy, zdecydowany był tylko jeden kolega, który na swoją beemkę postanowił zabrać też syna. A beema to była zacna, litrowa, tylko za cholerę nie pamiętam modelu:

Czeskie, kręte i równiutkie asfalty zawsze powodują u mnie uśmiech pod kaskiem! Ubrałam kurtkę z siatki – to i w ten upał dało się żyć, choć momentami w lasach nawet i przemarznąć. Bez większych przygód trafiliśmy na miejsce, a po drodze dołączyli do nas inni motocykliści.

Ja na tego typu wyścigach już byłam, więc wrażenie nie było tak powalające jak za pierwszym razem, a do tego słońce grzało bez litości. Przemieszczaliśmy się jedynie w małym zakresie i dopiero w zacienionych miejscach dało się żyć i sympatycznie wyścig oglądać:

Zrobiłam tylko parę fot, bo komórką na wyścigu ciężko coś złapać, ale kolega Łukasz, którego spotkałam na miejscu, poratował mnie swoimi fotkami:

Po przejeździe (jak zwykle) widowiskowych sidecarów, powoli zebraliśmy się na parking, gdzie się okazało, że… kolega zgubił kluczyki do motocykla! No nie! Postanowił z synem jeszcze raz przejść trasę, którą przemierzaliśmy, a ja się poddałam, bo jestem totalnie nie-upało-odporna i „padłam” pod krzakiem w cieniu, czekając na wieści. Wieści przyszły, że kluczyków nie ma, ale sobie zaraz poradzi.

No i poradził! Kierownica nie była zablokowana, więc wyszarpał stacyjkę i niczym MacGyver, wybrał zielony i czerwony przewód z 4-rech wystających i je połączył taśmą (tą właśnie, którą wożę w kufrze ze 3 lata i pierwszy raz się do czegoś przydała! haha). Motocykl odpalił, choć śmiechu było przy tym, bo podeszli Czesi, zaniepokojeni kradzieżą motocykla i musieliśmy im to jakoś (na wesoło na szczęście) wytłumaczyć.

14340090_1152736251431060_1321656853_o

Najbardziej przewrotny zwrot akcji miał dopiero nastąpić – otóż przy ubieraniu kurtki znalazły się kluczyki! Dlaczego dopiero wtedy? Bo kolega przeszukiwał kieszenie, a kluczyki włożył przez przypadek do kieszonki z ochraniaczem barku :-) . To ci historia!

Droga powrotna miło minęła, wypiliśmy kawkę na stacji i rozjechaliśmy się do domów.

p.s. Nie wiem czy wiecie, ale w sidecarach startuje także jedna polska motocyklistka i w Brannej ją widzieliśmy: Mój wywiad z Wiolettą Kowalczyk

p.s.2. Mam wieści od Pomidora – napisał mi :-) , że już został obniżony dla nowego właściciela, ma nową, egzotyczną rejestrację GTC i czeka na nową głowicę. Super!

Opublikowano Wycieczki małe i duże | Otagowano | Skomentuj

Dziabąg się zbroi :-)

Ma już nowy kuferek, wybrałam taki zgrabny i niezbyt wielki 33 litry z białymi odblaskami. Oczywiście jest zdecydowanie dla mnie za mały, ale zawsze to jakaś motywacja, żeby się jednak do niego zmieścić (awaryjnie wożę siatkę bagażnikową haha). Bo pół mojego kufra zajmują rzeczy bardzo potrzebne: kiedy będzie padać, kiedy kapcia złapię, kiedy mi coś odpadnie, kiedy będzie mi zimno, kiedy pobrudzę ręce itp. itd. Więc sami widzicie, że do dyspozycji na weekendowy wypad mam już tylko pół kufra :-D .

14359821_1152736304764388_2046888_o

14339810_1152736261431059_2032471580_oA całe jego montowanie to była niezła akrobatyka! Nie są to „tanie rzeczy”, więc chciałam nieco ograniczyć te wydatki. Sam używany stelaż bagażnikowy to wydatek rzędu 200 zł, kufer chciałam mieć dobry (bo te chińskie to pod naporem ręki robią się już wklęsłe!), więc szperałam w sprawdzonych (i niestety drogich) markach. Ostatecznie wybrałam kufer marki SHAD, który wydawał się być świetnym kompromisem między jakością a ceną i do tego ładnie wyglądał. Gdzie był ten haczyk? Otóż Shad ma w komplecie płytę montażową, aaaaaale o wiele mniejszą, niż standardowa i zupełnie mijającą się ze standardowym stelażem… Wszystko oczywiście po to, by zakupić stelaż SHADa za 300 zł! Na szczęście tuż za płotem mam sąsiada „złotą rączkę”, który domontował mi poprzeczne blaszki w stelażu, co umożliwiło mi cieszenie się nowym kufrem (to tak w skrócie, bo przygód z tym montażem, a w szczególności starymi śrubami i gwintami, było więcej).

Zamówiłam też naklejki i Dziabąg (podobnie jak wcześniej Pomidor) jest już ochrzczony! :-)
14339170_1152736188097733_664515801_o

Co w następnej kolejności dostanie? Dłuższy błotnik przedni, bo jest taki „symboliczny”, że błoto fruwa mi po całym silniku. Oczywiście markowy kosztuje 100 zł (za 30 cm plastiku!), ale upolowałam jakiś pod zamówienie za 45. Zobaczymy co przyjdzie :-) Robiłam też podejście do zmiany kierownicy, ale pierwsze się nie powiodło, bo kierownica zamawiana wysyłkowo – okazała się zbyt szeroka i wygięta. Poza tym wszystkie przewody mają ściśle określoną długość i dużego pola do manewru nie ma. Teraz zamówiłam adapter do podniesienie kierownicy o 5, 10, 20 lub 35 mm i będę testować, ile najwięcej się uda uzyskać. Dlaczego mi na tym zależy? Ponieważ w takiej pozycji kierownicy, mój operowany bark bardzo dostaje w kość i po 100 km na motocyklu nie jestem w stanie bez bólu ruszać ręką.

Co nie zmienia faktu, że coraz lepiej mi się Dziabągiem lata i z każdym kilometrem lepiej się rozumiemy!

p.s. a poniżej dowód na to, że taki STOP przy zarośniętych, starych torach kolejowych nie jest tam bez powodu :-)

14339354_1152736281431057_1148161575_o

Opublikowano Dziabąg | Otagowano | 1 komentarz

Dziabąg i jego historia :-)

Jeszcze ostatnio pisałam, że moja przyszłość motocyklowa nie wygląda najlepiej, a przez ostatni weekend wiele, oj wiele się zmieniło! Życie bywa zaskakujące i nawet nie przypuszczałam, że wpadnę na Kawasaki :-) . Zaczęło się niewinnie, od wesela – byłam tam z Emilem jako osoba towarzysząca i był tam też Marcin, kolega Emila, który miał na sprzedaż zadbane Kawasaki er6n z 2007 roku (na wtrysku i z ABS). Ja nie myślałam o nowym motocyklu, ponieważ nie stać mnie najzwyczajniej na taki krok. Za mnie pomyślał Emil i je zakupił – mogę nim jeździć i powoli będę spłacać.

20160903_104140

Pierwsza rata już nawet poszła, bo w niedzielę… sprzedał się też Pomidor! Jego sytuacja nie wyglądała najlepiej, bo miał głowicę do remontu, a ja uczciwa jestem i o tym w ogłoszeniu po prostu napisałam, obniżając jego wartość do 3.000. Telefon się urywał, ale… od typowych handlarzy, którzy wmawiali mi, że powinnam go sprzedać za 1500 zł! Uważam, że to najzwyklejsi naciągacze!

20160904_100053Na szczęście trafił się kupiec, który wcale nie chciał się targować, a Pomidor tak mu się spodobał, że przyjechał po niego, aż 500 km (Tczew->Bardo). Pan Mietek wpadł do mnie z żoną i od razu złapaliśmy sympatyczny kontakt, ponieważ to jest pasjonat motocykli – u niego Pomidor będzie naprawiony i nadal wykorzystywany. Dostanie szansę na nowe życie :-) . Trudno mi było patrzeć jak odjeżdża, ale wiem, że to najlepsze rozwiązanie.

Kawasaki er6n podoba mi się bardzo z boku, ma fajną, złotą ramę. Jednak ten jego przód jest mocno kontrowersyjny i mało komu się podoba. Na początek kupiłam mu szybę Puiga i crashpady, jedzie do mnie jeszcze mocowanie i kuferek. Pierwszą jazdę robiłam w piątek i jeszcze nie czułam się na nim zbyt dobrze. Po przesiadce z motocykli serii MT ten jest znacznie cięższy i skrzynia toporniej chodzi. Czasami mam wrażenie, że przy dodawaniu gazu to nie ja siedzę na nim, ale on mnie ciągnie za ręce do przodu :-) . A przyśpiesza całkiem nieźle, nawet na szóstce, choć zblokowany jest do 50 KM (i na razie tej blokady nie ściągam). Nie mogę się nadziwić dlaczego przy podwójnej tarczy z przodu i systemie ABS ma tak słabe hamulce, już 2 razy na hamowaniu awaryjnym serce mi stanęło, jak na zawał hehe . Oddam go dzisiaj na wymianę oleju to od razu obejrzą mi w serwisie te hamulce.

20160903_134415

Na imię będzie miał Dziabąg :-) . Długo mu to imię wymyślałam, bo on właściwie z wyglądu jest podobny do… niczego :-), a taki Dziabąg to właśnie nazwa czegoś, właściwie nieokreślonego, ale bardzo sympatycznego. Będę do niego czule mówić „Dziabągu Ty mój” i poznawać go bardziej. Zaczął się nowy, trzeci etap moich przygód z motocyklem.

Update: Olej wymieniony i hamulce też nieco poprawione w serwisie Motorland. Choć przyznam, że do precyzji gazu i hamulca z serii Yamahy MT sporo mu brakuje… Jakby jednak nie patrzeć, to 10 lat różnicy w motocyklach, a ja się nieco do luksusów przyzwyczaiłam :-)

Opublikowano Dziabąg, Kupuję motocykl, Pomidor, Sprzedaję motocykl | Otagowano | Skomentuj

Zieleniec i Sky Walk

Po ostatnim wypadzie postanowiłam wrócić jeszcze raz do Zieleńca. Latem nie ma tam tak wielkiego tłoku i o wiele przyjemniej się chodzi po górkach. Poza tym w okolicy są fajne zakręty i drogi też, choć momentami pokrojone w prostokątne, asfaltowe łaty. Nie mam już MT-03, więc na weekend pożyczyłam MT-07 w wersji obniżonej i w sumie o wiele lepiej mi się na niej jechało, niż na tej wysokiej (z małym wyjątkiem, ale o tym później…). Miejsca do spakowania się na 07 nie ma wcale, więc jak na małym zadupku umieściłam torbę, to ledwo się potem na siedzenie wciskałam :-) – ale dało się? Dało! Emil spakował się na ścigacza i ruszyliśmy w drogę.

Sobotnie popołudnie spędziliśmy na spacerach po górkach, na które leniwie wjechaliśmy wyciągiem haha. Potem szukaliśmy jagód, a następnie jedzenia, co nie było łatwe, bo dużo lokali było zamkniętych. Fajna miejscówka ten Zieleniec, ale w ostatniej chwili kolejny nocleg zmieniłam na Niemojów, bo odkąd jestem motocyklistką, to nie lubię siedzieć w jednym miejscu, wolę czas wykorzystać w 100% i jak najwięcej zobaczyć. Z tego też powodu wyskoczyliśmy do Dusznik-Zdróju wieczorkiem, choć samo miasteczko nieco mnie rozczarowało – oczekiwałam klimatu spod znaku „Zdrój”, a tam jakby czas się zatrzymał… Obejrzyjcie nasze foty:

Rankiem udaliśmy się do Niemojowa, małej miejscowości na końcu świata, tuż przy czeskiej granicy. Jest tam tylko kilka domów i mały mostek, który dzieli ziemię na polską i czeską. Zamieszkaliśmy w „Gościńcu”, gdzie granica między miejscem z niezwykłym klimatem, a zwykłą graciarnią momentami się zaciera. Nie znajdziecie tam luksusu, ale 1001 rzeczy wartych zatrzymania się:

W Niemojowie spotkaliśmy czeskiego motocyklistę, który wskazał nam drogę po czeskiej stronie do Dolni Morava, gdzie znajduje się słynna wieża. Dlaczego po czeskiej? Bo po polskiej jest… cytuję: „(…)ujowa droga” :-) . Powiedział nam także, że faktycznie obowiązkiem motocyklisty po czeskiej stronie jest posiadanie: apteczki, żarówek, bezpieczników i kamizelki odblaskowej, jednak policja jakoś specjalnie tego nie sprawdza, chyba że jej podpadniemy innym wykroczeniem. Mieliśmy to wszystko, ale w ilości jednego kompletu na 2 motocykle, więc postanowiliśmy policji czeskiej nie podpadać :-) .

Droga 311 jest zajebista! Już nią kiedyś jechałam, jak Tomek nas oprowadzał po Autostradzie Sudeckiej. Ruch był mały i poczynałam sobie śmiało po zakrętach, do czasu… aż jeden okazał się być bardziej ciasny, niż wyglądał. Automatycznie złożyłam się bardziej i… zaryłam crashpadem (to właśnie ten ból z wersją obniżoną). Byłam i tak już na sąsiednim pasie (ale na szczęście nic nie jechało), więc doprostowałam się na sekundę, dohamowałam i złożyłam jeszcze raz. Zrobiło mi się gorąco i nabrałam respektu do kolejnych zakrętów (czytaj – jechałam jak ciota haha). Na szczęście wyjechaliśmy na 312-stkę a ona już jest dwa razy szersza, więc znów poczułam się swobodniej…

Wieżę Sky Walk widać z oddali, ale nie jest usytuowana na szczycie najwyższym. Stanęliśmy na pierwszym i największym parkingu, choć mieliśmy świadomość, że to nie jest punkt „Chaty Marcelka”, gdzie sprzedawane mają być bilety. Emil pojechał na zwiad jeszcze dalej i znalazł małą dróżkę pod same kasy ze strefą ruchu 30km/h. Mieliśmy nieco kłopotu z parkowaniem, bo niby motocykle małe, ale miejsca parkingowe szczelnie pozajmowane były.

Na górę można iść pieszo (kasy z biletami na wieżę są też na szczycie), albo jechać tam wyciągiem. My wybraliśmy opcję drugą, bo po pierwsze był upał, a po drugie buty Sidi nie są najlepsze do górskich wędrówek. Do góry poszło szybko, a na dół nastaliśmy się nieco w kolejce. Wieża robi duże wrażenie swoimi rozmiarami, ale jak się na nią wchodzi, to ścieżki są łagodnie nachylone i nic a nic niemęczące. Na dole przy wyjściu są też darmowe szafki, gdzie można schować kask czy kurtkę, ale my niestety zauważyliśmy je już wychodząc. Może i dobrze, bo mimo upału – im wyżej się wdrapywaliśmy, tym bardziej porywiście wiało i kurtki się przydały.

Wspominałam coś o lęku wysokości? A może to bardziej lęk przestrzeni? Już atrakcje typu wyciąg – wiązały mi supełek w żołądku, jednak wieżę przyjęłam całkiem dobrze, jak szliśmy niższymi piętrami. Ale… gdy już straciłam „dach nad głową”, bo nie było wyższego piętra – wewnętrzny lęk powrócił i czułam każde drgnienie desek pod nogami, jakby to było trzęsienie ziemi. Mówią, że do góry nie polecisz? Czyżby? :-) Nie panikowałam, bo widoki były cudne i warto było tam być, ale nerwowe napięcie wewnątrz ustało, dopiero jak dach nad głową miałam znowu. A tak całkiem, to dopiero, jak wyciąg mnie zwiózł na dół :-) . Niesamowita jest ta cała konstrukcja i precyzja z jaką jest zrobiona, choć im wyżej, tym tłumy były coraz większe i to trochę psuło komfort jej zwiedzania:

Wracaliśmy polską stroną i niestety musimy przyznać rację czeskiemu motocykliście – momentami były takie wyrypy, że trzeba było asfaltu szukać pomiędzy dziurami :-) . Po powrocie do Niemojowa pochodziliśmy nieco po stronie czeskiej i powoli szykowaliśmy się do powrotu. To był super weekend!

p.s. ja się nie odważyłam stanąć na siatkę (tą na szczycie wieży). Niby 4,5 tony udźwignie, ale się tak ruszała, że chyba połączył by mi się lęk wysokości z chorobą morską – wolałam nie ryzykować haha.

Opublikowano Wycieczki małe i duże, Zdjęcia | Otagowano , , , | 3 komentarzy

Nie wiem co dalej, ale kombinuję :-)

Ostatni weekend nie był wycieczkowy, bo w sobotę pracowałam, a w niedzielę strasznie lało. Zrobiłam te 200 km z punktu A do B i nic poza tym. Uczyniłam też krok, by w jakikolwiek sposób wyratować Pomidora z opresji zdrowotnych i wystawiłam go na allegro (następnym razem postaram się o jajcarski opis, bo tym razem nie miałam weny):
http://allegro.pl/honda-vigor-dominator-fx650-r-2000-do-remontu
Jeżeli go sprzedam to dobrze, jeżeli nie – to jesienią pójdzie do remontu, a niestety tani on nie będzie.

Na eMTeku będę prawdopodobnie jeździć do końca miesiąca, a potem nie wiem co dalej… Zmieniam pracę i przyszłość to jedna, wielka niewiadoma, a w dodatku bez zdolności kredytowej (bo umowy na czas nieokreślony chwilowo brak).

20160823_103033Dzisiaj miałam okazję przymierzyć się do pewnego brzydala, który z boku strasznie mi się podoba, jednak z przodu jest nieco przerażający! Mowa o Ducati Multistrada 620. Leży mi idealnie na wysokość, wagowo i wizualnie – ale tylko z boku i tyłu haha. Właściciel zapewniał, że to bardzo fajny, wygodny sprzęt i z małym apetytem na paliwo. To co mnie powstrzymuje od dopisania go na kandydata na przyszły motocykl – to niska dostępność tego modelu w Polsce, a co za tym idzie i dostępność części poza drogim kanałem marki, jak i używanych.

Co przyniesie życie? Zobaczymy…

Opublikowano O czym myśli blondynka? | 1 komentarz

Długi weekend był nieco za krótki…

Ostatni weekend minął mi jakoś szybko i dopiero końcówkę miał motocyklową. Uzbierała mi się kumulacja imprez i praktycznie od czwartku do soboty codziennie jakaś okazja. Zaczęło się od motocyklowego grilla w czwartek, potem „piąteczek” z Yamahą, sobotnie wesele na którym byłam osobą towarzyszącą, a na koniec 60-te urodziny mojego taty. To ssanie w żołądku na kaca – to już prawie uznawałam za stan normalny :-) . A jak w niedzielę rano coś nie wystąpiło, to normalnie poszłam na komisariat się zbadać, czy oby nadal nie mam promili haha. Okazało się jednak, że jestem czysta, a po prostu picie wina lepiej znoszę, niż innych trunków.

Na szczęście na poniedziałek wystąpiła perspektywa, że nieco pojeżdżę, więc piłam jedynie do 20-stej dnia poprzedniego. Miał mnie odwiedzić Maciek, którego już poznaliście we wcześniejszych wpisach – trzeci w tył właściciel mojego Pomidora, co go rozpoznał na moim blogu. On uwielbia motocykle i zawsze ma ich kilka, a obecnie to: Harleya 1200, Yamahę MT-01 i KTM Duke 390 (do mnie przyjechał tym pierwszym).

Powiem Wam, że nie jestem jakimś tam fanem Harleya, jednak jakość wykonania i ta surowość – powala na kolana. Dźwięk, drgania silnika i dopieszczenie w każdym detalu – niesamowite! Pozycja już nieco mniej mi odpowiada i nie za dobra jest dla mojej operowanej ręki. Ma 70 koni i (o dziwo) całkiem dobrze radzi sobie z krętymi zakrętami oraz świetnie się zbiera do wyprzedzania. Maciek to doświadczony motocyklista i bardzo dobrze mi się z nim jechało, drogą stu zakrętów do Kudowy, a następnie przez Zieleniec z powrotem do Kłodzka. Połowę jakoś gorzej się czułam, bo mój żołądek ssał z podwójną siłą, dopiero po obiadku koncentracja i radość z jazdy mi cudownie powróciła.

Na chwilę zatrzymaliśmy się na punkcie widokowym, to mam kilka fotek. Bo ogólnie to cały czas jeździliśmy, z przerwą na obiadek w Kudowie i kawkę w Polanicy. Musieliśmy nadrobić te lata znajomości jedynie wirtualnej :-) . Maciek przejechał się też moim eMTekiem i stwierdził, że zupełnie podobny jest do jego Duke’a mocą i zwinnością, choć wiadomo – dwa cylindry Yamahy to większa elastyczność i mniej mieszania biegami.

Przy wyjeździe z Polanicy był olbrzymi korek i wypadek, niestety leżał tam też motocykl pod samochodem! Straszny widok… obok kask i oderwany kufer. Nie wiem co z motocyklistą, bo już go tam nie było, ale nie wyglądało to dobrze i długo ten obraz w mojej głowie nie dawał mi spokoju. Moim zdaniem każdy ma ilość dni do przeżycia i rodzaj śmierci nie ma tu żadnego znaczenia (i tak nas dopadnie), jednak gdy umiera motocyklista serce boli mnie jakoś podwójnie…

Do Wrocławia wracałam już sama i bez większych przygód. Na stacji paliw, niechcący jakiś fan motocyklistek się napatoczył i umawiać się chciał na jeżdżenie, ale wyglądał tak, jakby jego impreza się jeszcze nie skończyła, więc nic z tego nie wyszło :-) .

Opublikowano Wycieczki małe i duże | 1 komentarz

Czech Tourist Trophy 2016

Trochę jestem w tym tygodniu zaganiana, to tak na szybko napiszę Wam, że ostatnią niedzielę spędziłam w Czechach na miejskim wyścigu w Horicach, który tak bardzo spodobał mi się rok temu. Uwielbiam czeskie wyścigi, bo wtedy małe miasteczka zamieniają się w tor! Niesamowicie to wygląda! I te wory wypchane szmatami na zewnętrznej (ewentualnie materace szkolne na budynkach hehe), kibice biegnący z piwem do swoich ulubionych motocyklistów na okrążeniu pokazowym po wyścigu. Czeski ser smażony i kofola (choć ten pierwszy to tym razem nie był lekkostrawny hehe).

Niestety nie zrobiłam Wam wielu fotek, bo miałam jedynie komórkę, a ona w takim słońcu i przy tak ekspresowym przemieszczaniu się motocykli – nie dawała rady. Na początku z Emilem nieco się pogubiliśmy i jakimiś bocznymi uliczkami doszliśmy na strefę serwisową. Potem już na start i znaleźliśmy fajne miejscówki do oglądania, jak i poleżenia na trawce. Obyło się bez wypadków, a wrażenia wzrokowo-dźwiękowe dla fanów motocykli – niepowtarzalne! Jeszcze ok. 17 jechały sidecary i z zachwytem oglądaliśmy te ich wygibasy w wózkach, a skutek był taki, że do Wrocławia wracaliśmy już po zmroku (eMTek ma super światła długie!). Do domu dotarłam padnięta, ale szczęśliwa!

Opublikowano Wycieczki małe i duże, Zdjęcia | Otagowano | Skomentuj

Się kręcę po okolicy :-)

W ostatni weekend, a najbardziej w sobotę – kręciłam się po okolicy. Zajrzałam sobie na Kustom Konwent, który odbywał się w mrocznej hali, zamkniętej zajezdni tramwajowej. Motocykle custom, retro samochody, pin-up dziewczyny, tatuaże i sporo dzieł handmade – taki klimat ma to spotkanie.

Czy to mój klimat? Chyba nie do końca, choć mam i motocykl, i tatuaż, i lubię gotyku słuchać czasami :-) . Aczkolwiek myślę, że przyjdzie taki moment (zwany dojrzałością, czy też starością haha), kiedy dostojnie będę się bujać takim customem. Mam zamiar długo pisać tego bloga – to może i Wam będzie dane zostać świadkami takiej przemiany :-) .

Tymczasem mała galeria z Kustom Konwent 2016 we Wrocławiu:

Czasem się zastanawiam na ile motocykle są środkiem wyróżniania się z tłumu, a na ile pasją. Na ile chęcią zwrócenia na siebie uwagi, a na ile sposobem na pokazanie własnego stylu. Taki kontrast w przeciągu kilkunastu minut zaobserwowałam – motocykle custom i ich właściciele cudnie wystylizowani, a na światłach dwóch motocyklistów w wersji „zdrapka” na ścigaczach, którzy w oczekiwaniu na zielone światło strzelali sobie selfie. Jednak jedna i druga sytuacja trudna jest do zdefiniowania, co pasją jest, a co po prostu szpanem.

A ja się dalej bujam (jeszcze chwilę) na eMTeku, gdzie mnie poniesie. A poniosło mnie popołudniu na zlot w Bielawie. Bardzo fajna jest miejscówka tego zlotu, bo nad zalewem. Przy czym ta hałaśliwa część koncertowa jest na polanie, a nad wodą można się zrelaksować nieco spokojniej. Na przejażdżkę wyciągnęłam Magdę, bo dawno nie miałyśmy okazji pojeździć i pobyć sobie tylko we dwie. Nie zostałyśmy na noc, rozjechałyśmy się na koniec w przeciwległych kierunkach. A w niedzielę pogoda mi się nieco załamała i musiałam śledzić prognozy, by trafić w okienko pogodowe między burzami w rejonie.

Ostatnie dni przyniosły niestety wiele smutnych wieści o wypadkach motocyklistów. Dwóch kolegów z którymi miałam okazje jeździć wylądowało w szpitalu, a jeden z nich dzisiaj właśnie ma operację i obawiam się, że może mnie pobić z ilością śrubek w ręce :-/ . Sama miałam w weekend sytuację, że na czołówkę wyjechał mi samochód i nie miał jak wrócić na swój pas (jedno auto za drugim ciasno jechały), to zrobił mi miejsce przy poboczu, żebym go minęła na trzeciego. Popukałam w kask, żeby pokazać co o frajerze myślę, ale cieszę się, że tak się to skończyło…

Opublikowano O czym myśli blondynka?, Wycieczki małe i duże, Zdjęcia | Otagowano | 1 komentarz

Weekend z MT-07

Przez weekend miałam okazję polatać na MT-07. Po przesiadce z MT-03 był to mały szok, ale nie pozytywny i nie negatywny. Ten motocykl po prostu jest inny. Dużo mocniejszy, ale przy tym cięższy i trudniejszy w prowadzeniu. On błędów nie wybacza, przepałowanie zakrętu kończy się na sąsiednim pasie :-) . Nie ma już tej lekkości i podatności na korektę toru jazdy co MT-03. Przy rozsądnej jeździe pali ok. litr więcej od MT-03, a mocy ma wystarczająco dużo, by dać sobie radę i z pasażerem, i z bagażem.

Doszłam do wniosku, że dla mnie powinni wyprodukować MT-05 – byłby idealny!

Polatałam niedaleko Sobótki razem z Tomkiem i Elą, którzy też dostali na testy eMTeka. Fajne widoki i drogi na przyjemną przejażdżkę bliźniakami :-)

Opublikowano eMTek | 1 komentarz