Jak robić skuteczne postanowienia noworoczne?

Postanowienia noworoczne mają to do siebie, że potrafią wracać co roku jak bumerang. Może po prostu źle się za nie zabieramy? Aby postanowienia noworoczne były skuteczne trzeba je odpowiednio umotywować. Grunt to znaleźć wyższy cel, który w chwili słabości – rozłoży tą słabość na łopatki!

Co nas motywuje najlepiej? Myślę, że rozwijanie pasji, więc skupmy się na pasjach związanych z motoryzacją. Pomyślmy, czego potrzebujemy, by pasję swoją bardziej rozwinąć? Zwykle są to:

– pieniądze np. na zakup motocykla/samochodu, paliwa, narzędzi, szkoleń, profesjonalnej odzieży, na podróżowanie

– kondycja/wytrzymałość

– czas na pasje i relacje z innymi pasjonatami

Mówi się, że marzenia nic nie kosztują, ale ich realizacja jest już kosztowna… Jednak gdy przyjrzymy się najczęściej wybieranym postanowieniom noworocznym, to okazuje się, że od ich skuteczności może zależeć, nie tylko nasze zdrowie, ale i stan konta np. rzucenie palenia, przejście na dietę, ograniczenie odwiedzania markowych sklepów, ograniczenie imprez i picia, zmiana pracy na lepiej płatną.

Jeżeli nasze postanowienia będą skuteczne, to i sytuacja w portfelu się poprawi. Jednak celem nie może tu być dane postanowienie a jego skutek, czyli więcej pieniędzy na naszą pasję! Zamykamy oczy i widzimy, co z tymi pieniędzmi zrobimy – czy tak nie jest łatwiej?

Weźmy teraz na tapetę odchudzanie i kondycję – to dobre dla naszego zdrowia, ale i dla naszej pasji. Więcej siły, energii i motywacji to zastrzyk, który zawsze się przyda! Samodyscyplina jest potrzebna w sporcie, ale także w dążeniu do celu związanego z naszymi pasjami. A jeżeli nie stać nas na wysiłek, by zacząć nowe życie, drastycznie z dniem 1 stycznia, to róbmy to małymi krokami, odstawiając kolejne złe nawyki – to też działanie, które przyniesie końcowy sukces. Zamykamy oczy i widzimy siebie w świetnej kondycji, cieszących się swoją pasją – jest super!

Czas na pasję możemy zyskać przestawiając priorytety jakie mamy w życiu. Za dużo pracy, zbyt dużo obowiązków – wcześniej czy później odbije się na naszym zdrowiu, a pasja jest przecież najlepszym wentylem bezpieczeństwa. Pozwala poczuć wewnętrzne szczęście, odstresować się, zapomnieć o problemach. Poza tym można poznać krąg innych pasjonatów, którzy chętnie posłużą nam dobrą radą i pomocą. To są rzeczy bezcenne, które wyzwalają radość z życia i nie wolno ich przeliczać na czas i pieniądze.

Ponoć tylko 8% postanowień noworocznych jest skutecznych, czy jesteście w stanie poprawić te statystyki? Spiszcie na kartce działania, które zamierzacie wdrożyć, by osiągnąć cel. Wyobrażajcie sobie, jak będzie, gdy już się to uda. Mówcie bliskim osobom o swoich planach i proście o wsparcie. Nie poddawajcie się po pierwszej porażce!
Droga do celu bywa trudna i wyboista, ale nic tak w życiu nie smakuje, jak satysfakcja z jego osiągnięcia!

Opublikowano O czym myśli blondynka? | Skomentuj

Wesołych Świąt i wszystkiego motocyklowego w Nowym Roku!

Opublikowano Mam prawko | 1 komentarz

Kolejkowo

Wprawdzie motocykl zimuje, ale ja nie 🙂 , więc czasem opiszę Wam jakieś fajne miejsce, w które trafiłam… Ostatnio odwiedziliśmy Minieuroland i idąc za tym samym typem rozrywki – udaliśmy się do wrocławskiego Kolejkowa.

Tam miniatury i tutaj, a jednak zupełnie różne wrażenia się z tych miejsc wynosi. Minieuroland jest na zewnątrz i obejmuje głównie wybitne budynki, a Kolejkowo to zamknięta przestrzeń wewnątrz Dworca Świebodzkiego, gdzie miniaturowy świat tętni życiem.

W Kolejkowie znajdziemy centrum miasta, wieś, cyrk, mamy infrastrukturę kolejową, góry i plażę. Wszędzie tam „żyją” miniatury nas samych – ludzi w różnych sytuacjach życiowych. Można tam siedzieć godzinami, wymyślając historię danej sytuacji i życia danego człowieka, a raczej kilkucentymetrowego człowieczka. Oni się tam bawią i nudzą, kochają i nienawidzą, robią głupie lub pożyteczne rzeczy, niezwykłe i takie codzienne. A my możemy ich podglądać 🙂 .

Czasem wypatrzenie „drugiego planu” daje podwójną radość i nie brakuje też scenek stworzonych z poczuciem humoru. Do tego życie toczy się tam dniem i nocą, światło w pomieszczeniu przygasa, a rozbłyskają latarnie oraz światła w oknach domów i sklepikach. Ten mini świat zyskuje nowy wymiar, bo tylko wtedy możemy dojrzeć wieczorne życie niewidocznych wcześniej osób wewnątrz budynków.

Z wielką radochą dojrzeliśmy pierwszy motocykl, a potem okazało się, że są następne. Razem sześć! A trzy na raz występują na… UWAGA… kobiecym wypadzie motocyklowym pod namiot 🙂 . Jeden z pracowników nam zdradził, że przy Kolejkowie pracowała motocyklistka i nawet umieściła na murze logo swojego klubu motocyklowego.

Z obu miejsc bardziej podobało mi się Kolejkowo, choć pewnie Minieuroland zyskuje porą letnią, gdy rozwija się ta cała otoczka botaniczna i można skorzystać z kilku fajnych stref wypoczynku. Obydwa miejsca nie są zbyt tanie, jeżeli chodzi o bilety, ale warto tam wybrać, choćby raz.

p.s. A w międzyczasie dostałam nowy motocykl na testy zimowe 🙂

Opublikowano Wycieczki małe i duże | Otagowano | 1 komentarz

Moto Mikołaje we Wrocławiu

Tradycja akcji Moto Mikołaje we Wrocławiu jest dość młoda i w tym roku po raz drugi Mikołaje na motocyklach mogli paradować po mieście. Ale przecież to nie o to w tej akcji chodzi… Ona nie jest na pokaz, tylko niesie realne wsparcie dzieciakom. Fundacja motocyklistek Moto Dolls cały sezon zbierała datki, a także prezenty od różnych darczyńców, by tego dnia dostarczyć je dzieciom. Super inicjatywa!

Rok temu nie było warunków pogodowych, żebym przywiozła motocykl do miasta z jego punktu zimowania. W tym roku sytuacja wyglądała podobnie – bo mimo, że pogoda w dzień parady była wymarzona, to kolejnego dnia miało mocno padać, a kolejnego już to wszystko zamrozić. Postanowiłam nie wyciągać swojego motocykla z zimowania, a po prostu jakiś pożyczyć. Tak się składa, że mogę liczyć na wsparcie Szkoły Jazdy Wolski&Gliga, więc i MT-07 dla mnie na ten dzień się znalazło!

Uwielbiam motocykle serii MT i bardzo mnie ten fakt ucieszył. W tym momencie mojego życia, tak wyobrażam sobie mój przyszły motocykl. Gdyby to była kwestia jedynie wyobraźni to oczywiście bym go miała, niestety jest to też kwestia finansowa… Pozostało mi cieszyć się nim tego, szczególnego dnia.

Po drodze na stadion podczepiłam się do Magdy, Andrzeja i Asi, a następnie dołączyliśmy do ponad 300 innych motocyklistów. Większość była w strojach Mikołajów, więc ja postanowiłam się nieco wyłamać i być aniołkiem. A dosłownie to – motocykl dodał mi skrzyyyyyydeł! Na placu spotkałam wielu znajomych, można było napić się kawy i wspomóc akcję Moto Mikołajów.

Podczas parady mieliśmy obstawę policjantów, a ochotnicy wyjechali na trasę wcześniej, by zabezpieczyć przejścia dla pieszych przed wtargnięciem kogokolwiek. Bo parada ze stadionu miała dojechać na rynek, gdzie czekały na nas dzieci z podziękowaniami. Uformowaliśmy grupę i ruszyliśmy w miasto.

Powolutku 20-30 km/h, czasem głośno (na klaksonach i „łutututu”), ale ogólnie z super uśmiechami na twarzach i pozdrowieniami dla przechodniów, a w szczególności dzieci. Super chwile! Takiej jedności między nami, motocyklistami, a przede wszystkim między przypadkowymi ludźmi a nami. To jest to, czego często brakuje na co dzień – pozytywnego postrzegania motocyklisty, pozdrowienia z uśmiechem i życzliwością, szacunku dla siebie i innych.

I to jest to, co tak łatwo zepsuć… Wracając z parady nadal machaliśmy dzieciom w samochodach i tramwajach, a obok nas przemknęło trzech „Mikołajów” i na pełnym gazie urządziło sobie agresywny slalom między samochodami. Tak się właśnie psuje coś, co inni z całego serca w tej akcji budowali… Przykre.

Podsumowując – super akcja, świetna organizacja dziewczyn z Moto Dolls i innych ludzi o dobrych serduchach. Mam nadzieję, że ta impreza na zawsze się wpisze do kalendarza wydarzeń we Wrocławiu! Zobaczcie na zdjęciach od Tomka TS, jak było:

Nie doczekałam do końca imprezy, bo razem z Emilem musieliśmy na chwilę podskoczyć do Oławy. Zostawiłam w domu skrzydła oraz ozdóbki świąteczne i pojechałam – jeszcze chwilę nacieszyć się jazdą motocyklem. Po cały dniu ze skrzydłami na plecach, wydawało mi się, że nadal je tam mam…

I wiecie co? One tam są! Rozwijają się, gdy przekręcam kluczyk w stacyjce. Chronią mnie przed niebezpieczeństwem, unoszą mnie gdy pokonuję kolejne zakręty, otwierają mnie na innych ludzi i sprawiają, że każda chwila na motocyklu jest wyjątkowa.

Bo to motocykl i serce dodają skrzyyyyydeł, a nie żaden tam napój energetyczny 🙂

Opublikowano eMTek | Otagowano | Skomentuj

Powrót ciepłej jesieni i Minieuroland

Liczyłam na jeszcze trochę słonecznych dni i… przyszły! Pojechaliśmy z Emilem po mój motocykl do Kotliny Kłodzkiej, gdzie go zimuję i cały dzień pojeździłam na nim z obstawą samochodu 🙂 . Słońce pięknie dogrzewało i jak dziecko się cieszyłam, że znowu mogę pojeździć. To jest uczucie jedyne w swoim rodzaju, kiedy się robi to, co się najbardziej lubi robić!

Mieliśmy skoczyć do Kudowy Zdrój, jednak ze względu na krótki dzień i powrót do Wrocławia – postanowiliśmy odwiedzić park miniatur Minieuroland w Kłodzku. Przyznam, że pierwsze zetknięcie z małymi obiektami robi wrażenie. Odzwierciedlenie szczegółów, odbicie (nawet szpecącej) rzeczywistości oraz pomysły są niesamowite. Przedstawiono tam budynki reprezentacyjne dla Ziemi Kłodzkiej oraz dla Europy.

Najbardziej uśmialiśmy się z dokładności elementów skupu złomu, bandy dresów, którzy dorwali jakąś ofiarę w starych ruinach i „złotego pociągu”, na który Niemcy pakują złoto, obrazy i kosztowności. Warto zobaczyć to miejsce w sezonie letnim, bo to przy okazji mini park botaniczny z opisami różnych okazów roślin.

Na ogrodzeniach są makiety, które przedstawiają w jaki (pracochłonny) sposób powstają poszczególne elementy makiet i z jakich materiałów. A także kolejne plany np. postawienia wrocławskiego lotniska i 30 metrowych bliźniaczych wież widokowych. W trakcie budowy jest też wieża Eiffla.

received_590162641172613Wieczorem pojechaliśmy do Brzegu Dolnego, a z Wrocławia na Leśnicę był oczywiście gigantyczny korek. Nie przepychałam się, bo jechałam z samochodem, więc złapałam głupawkę i cały korek jechałam na Flinstona 🙂 Tzn. tak wolno się toczyliśmy, że trudno było utrzymać motocykl w równowadze, więc się odpychałam raz jedną a raz jedną nogą. A taki moto spacer 🙂 Trochę sportu na motocyklu nie zaszkodzi haha.

20161122_155300Następnego dnia pojeździliśmy sobie po okolicy już na dwa motocykle. A kolejnego musiałam już wracać do Kotliny Kłodzkiej, bo okienko pogodowe drastycznie się skończyło. Wyjechałam o 13 w kompletnej mgle, a w dodatku wyszło tak, że na wiele kilometrów ulokowałam się pomiędzy dwoma ciężarówkami. Nie miałam możliwości wyprzedzenia, bo widoczność sięgała jedynie do kabiny tejże ciężarówki. Raz wydawało mi się, że mam idealnie prostą drogę i nie widzę z naprzeciwka żadnych światełek, ale intuicja mnie ostrzegła, żeby jednak nie wyprzedzać. 2 minuty później minęła nas ciężarówka, bo w tej mgle jednak był ukryty zakręt. Ta sytuacja wiele mnie nauczyła – do wyprzedzania trzeba mieć 100% pewności i nie ma w tej kwestii żadnej taryfy ulgowej!

Niestety nie wszyscy są tego samego zdania… Na trasie 100 kilometrów drogi we mgle, aż 3 razy spotkałam wyprzedzający samochód jadący mi na „czołówkę”! Pierwszy zdążył wykonać manewr, bo praktycznie się zatrzymałam, żeby mu to umożliwić. Drugi wyskoczył na mój pas, „cudownie” mnie dojrzał i wrócił z powrotem na swoje miejsce w szeregu. Trzeci wyprzedzał cały sznur, zobaczył mnie i ledwo się wcisnął w szereg tuż przede mną. Przepraszam, ale trzeba być kretynem, żeby we mgle wyprzedzać kolumnę samochodów…

20161124_150058Zatrzymałam się na chwilę, żeby ochłonąć i rozgrzać nieco ręce. Ubranie mam teraz doskonałe (komplet Macna i bielizna merino od Brubecka), świetnie daje sobie radę z zimnem i wilgocią, jedynie rękawice zimowe, choć nazywają się „Tundra” i są dość wygodne – to nie grzeją wystarczająco. Muszę coś upolować na wyprzedażach cieplejszego. Dojrzałam kilka płatków śniegu i dotarło do mnie, że przerwa w jeżdżeniu motocyklem jest już nieunikniona…

Opublikowano Wycieczki małe i duże | Otagowano | 1 komentarz

Uczę się jeździć… samochodem! :-)

Wiem, brzmi to dziwnie, szczególnie, że mam prawko ponad 15 lat 🙂 Jednak od jego zdania – kierowcą byłam jedynie rok. Potem przerwa i 6 lat na motocyklu. Nieraz myślałam o powrocie za kółko, ale wypadek i rehabilitacja ręki odłożyła te plany na długie lata.

Przyznam się wam szczerze, że mimo mojej fascynacji sportami motorowymi – ja nigdy nie miałam smykałki do prowadzenia pojazdów. Piszę „pojazdów”, bo nie uważam się też za genialną motocyklistkę. Należę do średniaków, którzy postępy robią dużym wkładem pracy własnej. Nie spodziewałam się też cudów po powrocie za kółko…

20161119_114454Jednak, miło się zaskoczyłam. Po pierwsze tym, że po ponad 10-letniej przerwie – wsiadłam i zwyczajnie pojechałam, a po drugie tym, jak wiele z techniki jazdy po mieście nauczyłam się jeżdżąc na motocyklu. Bo przecież na nim też muszę zmieniać biegi, przygotowywać się do manewrów, obserwować otoczenie.

Dużo trudniejsze autem jest parkowanie i zmiana pasów, więc nad tym muszę jeszcze popracować. Cieszę się, że autko jest małe, bo jakoś łatwiej mi jest ogarnąć takie gabaryty, niż jakiegoś kombiaka. Brakuje mi jeszcze „automatyzacji” ruchów, czyli jak się skupię na krzyżówce to zamotam z biegami, a jak skupię się na ruchach to nie ogarniam, kto ma pierwszeństwo haha. Dobrze, że to takie lekcje na luzie, instruktor z boku mnie pilnuje, pedały ma, więc nic nie tracę, a mogę zyskać. Własnym samochodem nie będzie już tak kolorowo 🙂 .

Teraz mój rok może wyglądać tak, jak u większości motocyklistów – sezon na kółkach, a zima za kółkiem 🙂

Opublikowano O czym myśli blondynka? | Skomentuj

Czy to już zima?

Przerażona prognozami i kończącym się abonamentem na parkingu „pod chmurką”, postanowiłam wywieź motocykl na zimowanie. Skończyło się to małym kryzysem zdrowotnym, ale na szczęście zwalczonym czosnkiem, miodziem i cytrynką. Zostałam na kilka dni w Kotlinie Kłodzkiej i patrzyłam przez okno na padające płatki śniegu… Więc to już? Już po sezonie?? Przecież mam w głowie jeszcze kilka miejsc, w które miałam pojechać…

Jest jednak małe światełko w tunelu, że w okolicach weekendu znów będzie ok. 10-12 stopni. Wierzę w to, pielęgnuję tą wiarę i w mojej głowie zima jeszcze nie nadchodzi! A sio!!!!!

Wracając do odzieży termoaktywnej, to jeszcze jakiś czas temu nie widziałam większego sensu w wydawaniu 200-300 zł na kalesonki i cienką bluzkę. Wszystko się zmieniło, gdy w promocji upolowałam komplet Spaio i… nie miałam ochoty go z siebie zdejmować. Wracałam z jazdy, ściągałam ciuchy motocyklowe i śmigałam po domu w tym kompleciku. Przecież to jak druga skóra i w dodatku optymalnie utrzymująca temperaturę ciała. Jak dokupiłam komplet z wełną merino, to podjarałam się znowu, bo wreszcie miałam cieniutką a ekstra ciepłą warstwę na zimne dni.

Zupełnie zmieniło się moje postrzeganie odzieży termoaktywnej. Do tego stopnia, że mam już kilka par majtek, bokserek, podkoszulek (bo wystarczy poszukać promocji) z wełną merino i bez. To sztuczne włókna wiem, ale jednak lepiej, niż bawełna oddają wilgoć i dzięki temu nie ciągnie zimnem po wilgotnych plecach, a bielizna nie przykleja się do ciała. To jest po prostu praktyczne.

A na zmianę tematu i poprawę humoru polecam mój ostatni tekst z motocainy:
10 głupot, jakie może usłyszeć motocyklistka

Opublikowano O czym myśli blondynka? | Skomentuj

Wspiera mnie Oponeo

Miło mi poinformować, że do grona firm, które mnie wspierają (Lista) dołączył sklep Oponeo.pl .

Mogłam dzięki temu poszaleć z zakupami i kupić sobie ciepłą bieliznę termoaktywną z wełną merino, kominiarkę, rękawice termoaktywne jako warstwę wewnętrzną oraz ciepłe, termoaktywne skarpety:

Ślicznie dziękuję! 🙂

Opublikowano Mam prawko | Skomentuj

Brrrrr

No niestety zima nadciąga i już nie pozostawia cienia nadziei, że będzie cieplej. Oddałam Dziabąga do serwisu u Zachara (zachar-motocykle.pl) na wymianę łożyska główki ramy, złamanego podnóżka (dzięki Marcin za dostawę) i wymianę płynu hamulcowego. Czeka mnie jeszcze wymiana ośki przedniego koła, bo się okazało, że jest krzywa (zamówiłam używkę, bo oryginał 300 zł!), regulacja świateł, a na wiosnę wymiana oleju w lagach.

Po serwisie zrobiłam ponad 100 km i zauważyłam dużo większą czułość kierownicy na wszelkie wyrypy – trzeba się pilnować 🙂 . Do tego jest już bardzo zimno i szybko zapada zmrok, przez co zmarzłam przeokrutnie w czubki palców stóp i rąk, i odechciało mi się jakiejś sobotniej wycieczki, bo było jeszcze zimniej. Mam nadzieję, że kolejny, długi weekend będzie nieco cieplejszy!

Opublikowano Dziabąg | Skomentuj

Mały kurs doskonalenia techniki jazdy

W niedzielę mieliśmy okazję uczestniczyć w kursie doskonalenia techniki jazdy na małym torze, który powstał na lotnisku pod Opolem (Polska Nowa Wieś). Organizatorem był ODTJ Delta, a samo szkolenie gościnnie poprowadził Zbyszek Łacisz z Akademii Bezpiecznej Jazdy Lanette z Gliwic. Szkolenie było o 9, więc trasę podzieliliśmy sobie z Emilem na 2 kawałki z noclegiem i rano musieliśmy podjechać jedynie z Nysy. Trochę pobłądziliśmy po małych uliczkach, które zamieniały się w drogi szutrowe, a czasem błotne (raz mało mnie to błotko nie wciągnęło), a potem szukaliśmy właściwego budynku na torze. Udało się dotrzeć prawie na czas, a na miejscu było już ciepło i gorące napoje, więc mogliśmy się dogrzać.

Tor było mokry, ale w czasie, gdy omawialiśmy teorię nieco przeschnął. Zbyszek przygotował dla nas wiele zadań sprawnościowych i z hamowania, a także postawy na motocyklu. Na plac podstawiono nam 2 motocykle testowe od Delty, ale takie, w których możliwości techniczne nieco wątpiliśmy (obroty same podskakiwały w jednym i rączka się urwała), więc postanowiliśmy ćwiczyć na własnych maszynach. Dało mi to szansę lepszego poznania Dziabąga (Kawasaki ER6N) i niestety przekonania się, że to nie jest łatwa w manewrowaniu parkingowym maszyna.

Pierwsze zadanie wykonałam z lżejszym i niższym motocyklem testowym, ponieważ był to slalom pieszy z motocyklem u boku przez ciasne bramki. I o ile było to proste do przodu, to to samo trzeba było zrobić do tyłu. Zgrzałam się nieźle przy tym ćwiczeniu, bo motocykl trzeba było odsunąć od bioderka (ja zwykle na bioderku przeprowadzam) i jeszcze go pochylać w obie strony. Motocykl mi się w bramkach mieścił, tylko ja raz czy dwa, stopą ze słupkiem się spotkałam, przez nieuwagę.

20161030_114805Kolejne ćwiczenia to bardzo ciasny slalom z przesunięciem (słupki nie w jednej linii, ale raz po lewej, raz po prawej), co wymagało dużej skrętności przy niewielkiej prędkości na półsprzęgle. To ćwiczenie mnie pokonało – tzn. pozwoliłam sobie na zbyt duże zwolnienie w stosunku do pochylenia motocykla. W tym momencie jego masa mnie przeciążyła i musiałam mu pozwolić upaść. Oczywiście serce mnie zabolało, ale szkody dzięki zamontowanym crashpadom nie były duże. Ułamała się końcówka podnóżka i klamka hamulca się nieco wygięła (czego konsekwencją było prawie ciągłe świecenie stopu w drodze powrotnej).

Kolejne zadanie było dla mnie początkowo zbyt trudne, bo wymagało prostego wjechania pomiędzy słupki, a następnie na sygnał instruktora – ostrego nawrotu w prawo lub w lewo. Miałam problem ze zmieszczeniem się Dziabągiem w granicach tych słupków. Manewr ten wymagał dużego przeciwsiadu na małej prędkości z użyciem sprzęgła. To był słaby punkt mojego panowania nad Dziabągiem, więc odjechałam nieco dalej poćwiczyć coraz ciaśniejsze i wolniejsze kółka na nim. Co przydało mi się w kolejnym zadaniu. A był to bardzo ciasny tor z nawrotem wokół opon. I to właśnie te opony były najtrudniejszym elementem wyznaczonej trasy. Ale uparcie powtarzałam to zadanie z 15 razy, aż zrobiłam ten nawrót bez podpierania się awaryjnie stopą 3 razy. Potem próbował Emil i też miał problem, by wykonać to zadanie moim motocyklem.

Wiem, że to nie motocykl jest problemem a umiejętności (bo dobry motocyklista nawet wielką maszyną czy ścigaczem taki tor pokona), ale zdaję też sobie sprawę, że są motocykle, które ułatwią takie zadania i są takie – co utrudnią. Miałam okazję się przekonać o tym chwilę potem, kiedy Oskar (który z nami był na szkoleniu) dał mi poćwiczyć swoją, przygotowaną do motogymkhany MT-07. Rany! Jaki to boski, stworzony do manewrowania, lekki i skrętny motocykl. Mogłam na nim wykonać ćwiczenie, które początkowo mnie przestraszyło…

Trzeba było napędzić się do ok. 30 km/h (trzeci bieg), puścić kierownicę (ręce do góry), a następnie na sygnał instruktora opuścić tylko jedną rękę i popchnąć kierownicę, by przy użyciu przeciwskrętu skręcić we wskazaną przez instruktora stronę. Wydawało mi się to bardzo trudne, a jednak okazało się bardzo fajnym ćwiczeniem. Przekonałam się, że kierownicy motocykla wcale nie trzeba trzymać, a przeciwskręt działa bardzo dobrze.

Następnie na swoim motocyklu wykonywałam slalom szybki z użyciem przeciwskrętu właśnie, a na MT-07 zadanie z hamowaniem pulsacyjnym. Ten punkt chętnie poćwiczę jeszcze na jakimś placu, bo zdarza mi się przy ostrym hamowaniu odkręcać manetkę (oczywiście nic się nie dzieje bo sprzęgła używam), ale chcę to wykluczyć.

Następnie ćwiczenie, które bardzo mi się spodobało, szczególnie, że mogłam je znowu wykonać na MT-07. Na placu powstało koło ze słupków, wokół którego trzeba było krążyć w jedną, a następnie w przeciwną stronę. Ale wszystko z użyciem 3 pozycji na motocyklu: 1. równym pochyleniem motocykla i własnym, 2. przeciwsiadem, czyli znacznym pochyleniem motocykla, a własnym w stronę przeciwną i 3. w pozycji sportowej z kolanem (co na początku sprawiło mi trudność, bo nigdy jej nie ćwiczyłam, ale później całkiem mi się spodobała).

Co mi dało to szkolenie? Poznałam swoje mocne i słabe strony, i wiem nad czym muszę popracować oraz jakie ćwiczenia na dowolnym placu mogę wykonywać. Otrzymałam wiele cennych wskazówek od Zbyszka i Oskara. Przekonałam się także, że jazda przed siebie to nic trudnego, ale dalsze doskonalenie techniki jazdy powinno być obowiązkiem motocyklisty, bo nabyte w ten sposób umiejętności mogą się przydać w każdej niespodziewanej i trudnej sytuacji na motocyklu.

Opublikowano Dziabąg, Tor | Skomentuj

Shark Vision-R series 2 – pierwszy test i wrażenia

Uwielbiam zakupy. Myślę, że większość kobiet uwielbia, choć często potem trzeba walczyć z wyrzutami sumienia, że tyle kasy wypłynęło z konta 🙂 . Z zakupami motocyklowymi jest nieco inaczej, bo tutaj nigdy nie kieruję się spontaniczną decyzją, a złożoną analizą swoich potrzeb i tego co oferuje rynek. Zwykle znaczy to, że wgapiam się w monitor komputera i smartfona godzinami (często zamiast spać w tym czasie), szukając najlepszego zaspokojenia danej potrzeby oraz uwzględniając to, czy mnie na dany produkt stać.

Misja ostatnich dni brzmiała: „kask zimowy” 🙂 . Oczywiście nie ma takiego typu kasków, no chyba, że ktoś chce narciarski kupić. Ja uwielbiam kaski modułowe i mój obecny Nolan N40 full jest super, jeżeli chodzi o ciepłe miesiące sezonu. Jednak już w temperaturach poniżej 10 stopni jeżdżenie w nim grozi: przewianiem, bólem zatok, przeziębieniem. A takie temperatury nie są jeszcze dla mnie powodem do zakończenia sezonu. Stąd znowu pomysł zakupu kasku na „zimę”. Dlaczego znowu? Bo może pamiętacie, że zeszłej jesieni kupiłam już Sharka Skwal i próbowałam się do niego przekonać. Bezskutecznie… Parowały mi okulary nawet podczas postoju i mało w nim widziałam. Sprzedałam go na wiosnę.

Wyszukiwarka google nie bardzo wiedziała co zrobić z hasłem „kask integralny z dużą szybą”, więc pozostało mi przeszukiwanie ofert poszczególnych sklepów. Wpadłam na kawę do Moto-Point (moto-point.com.pl), a tam kolega Grochu już miał dla mnie konkretną propozycję – Shark Skwal Vision-R series 2. To on sprzedawał mi poprzedniego Sharka, więc zna moje potrzeby i miał 100% pewności, że wybiorę ten właśnie kask. Dlaczego? Bo to właśnie jest kask integralny w powiększonym polem widzenia, dzięki większej szybce. Do tego jest już z włókien szklanych, więc ekstra lekki.

20161028_171604Pierwsza przymiarka była zabawna, bo wydawało mi się, że wcale się w niego nie wbiję. Ten model ma bardzo dobre uszczelnienie dołem (niwelując podwiewanie do wnętrza), jednak chwilę mi zajęło, żeby nauczyć się go ubierać w ten sposób, żeby mi tuszu do rzęs nie ściągał przy okazji 🙂 . Okazało się, że jednak w eMce mieszczę się spokojnie.
Duże pole widzenia? O tak! Idealne i pełne na boki, a także dołem (tzn. żeby zerknąć na licznik nie trzeba schylać głowy). Tego mi brakowało w modelu Skwal. O dziwo ten model nie ma pinlocka i nieco się tego obawiałam. Szyba pokryta jest warstwą nieparującą, a sam kask ma taki fajny „dzyndzelek”, który pozwala na lekkie otwarcie szyby.

20161101_085947To w teorii, a przechodzimy do praktyki i to od razu w skrajnych warunkach pogodowych. Jechałam do Kotliny Kłodzkiej, a był deszcz, wiatr i może 8 stopni. Ubrałam kask i okulary nieco zaparowały, ale z doświadczenia wiem, że ten deflektor na nos jesienią nie służy okularnikom i po jego wyjęciu już było super. Ruszyłam, zamknęłam szybę i stoję na światłach. Chwilka i nic nie widzę! Szyba jest super – ona nie zaparowała, ale zaparowały okulary. Bez paniki, wszystko pod kontrolą, pstrykam magiczny „dzyndzelek” i już wszystko odparowane. Ruszam i wcale mi po twarzy nie wieje, bo ta szczelina jest dość mała. Docisnęłam szybę dopiero po wyjechaniu z miasta, żeby w kasku było ciszej. Sam „dzyndzelek” chodzi dość opornie na sucho, jednak po ubraniu kasku i obsługiwaniu go w rękawicach, już nie jest trudno nim operować, przy czym jego położenie jest dosyć wygodne.

Jeżeli chodzi o pole widzenia, to praktycznie nie zauważyłam zmiany kasku. Tzn. mój modułowy ma szybę o 1/3 większą, ale już ta szyba Sharka jest optymalna. Zauważyłam lekkość i ciszę, bo tak do 80 km/h praktycznie nie słychać silnika motocykla, ani mijanych samochodów, jedynie lekki szmer wiatru (czasem jakimś basowym dźwiękiem walnie) i stukanie kropel deszczu rozbijających się o szybę. Im szybciej jedziemy tym jest głośniej, a jeszcze jak dojdzie do tego porywisty wiatr – to już mam to samo co w Nolanie, czyli najlepiej ubrać zatyczki do uszu.

A w czym Nolan jest lepszy? W uszczelnieniu górnym szyby, gdzie uszczelka jest oddalona od krawędzi kasku i kompletnie nie przepuszcza. Shark (i Vision, i Skwal) przepuszcza stróżkę zimnego powietrza centralnie na czoło. Ja mam na to swój patent – opuszczam nieco blendę, tuż nad linię oczu, wtedy stróżka rozchodzi się już po kasku i mam cieplej. Zrobiłam nawet mały eksperyment i zakleiłam taśmą izolacyjną dziurę od blendy – wiało nadal, więc jest to ewidentnie przepuszczająca uszczelka. Jeżeli chodzi o podwiewanie dołem, to Nolan powinien się znowu uczyć od Sharka, bo w nim nic takiego nie istnieje (oczywiście jesienią noszę też kominiarkę i kołnierz).

Podsumowując – ideału kasku nadal nie znalazłam, jednak Shark Vision-R jest niebezpiecznie blisko niego. Pole widzenia, lekkość, system uchylania szyby, uszczelnienie dołem, niewielka w sumie głośność (przy dobrych warunkach pogodowych). Myślę, że ten kask ma szansę zostać ze mną na wiele sezonów „zimowych”, a kto wie, może i latem się sprawdzi, więc porzucę kaski modułowe? Pożyjemy, zobaczymy…

Opublikowano Testy | Otagowano | Skomentuj

Weekend i Skalne Miasto Osówka

Wyjechałam na weekend w piątek popołudniu, niestety pogoda, a raczej temperatura nadal nie rozpieszcza. Oczy łzawią z nosa kapie… O ile nie mam już problemu większego z marznięciem, bo mam nowy komplet odzieży, to nadal jest tu jeden słaby punkt – kask. Do tej pory (i pory roku) byłam z Nolana N40 full bardzo zadowolona. Jednak niskie temperatury uwydatniły te jego podwiewanie dołem. Górna uszczelka szyby jest cudna, nic po zatokach nie wieje. Jednak od oczu, im niżej tym bardziej wieje lodowatym wiatrem. Najpierw myślałam, że to takie dwa wywietrzniki w szczęce, które nie mają zamknięcia, ale je zakleiłam taśmą izolacyjną od wewnątrz – a problem nadal istnieje. Przyjrzałam się szybie i ona ma uszczelkę dołem, a bokami już nie. Myślę, że tu leży problem + podwiewanie od dołu (mimo podbródka). Doceniam go, bo jest o niebo lepszy, niż HJC is Multi. Jednak znów myślę o zakupie kasku integralnego „na zimę”, ale musi mieć powiększoną szybę, bo ja w takich normalnych już jeździć nie umiem 🙂 .

W sobotę wyjechałam jedynie na zakupy dla mojej mamy. Tak się złożyło, że na liście były też jajka. Jakoś nie kojarzę, żebym wcześniej miała jakiś problem z wożeniem jajek, więc nic nie obudziło mojej czujności. Wpakowałam je na jedną kaszę w pudełku, przykryłam drugą, lekko związałam rączki torby, zamknęłam kufer i ostrożnie pojechałam. Przed moją miejscowością drogowcy ściągnęli asfalt i mimo ostrożnej jazdy po tych wyrypach – usłyszałam w kufrze niepokojące hałasy. Dojechałam do domu, otwieram kufer, a tam? Jajecznica! Opakowanie się rozmiękło od potłuczonego jajka i rozpadło na dwie części, co spowodowało wylot z opakowania i destrukcję reszty jajek (przeżyło jedno!). No nieźle! Zakupy musiałam opłukać pod wodą, jajka z kufra wybrać kubkiem, a następnie go dokładnie umyć.

20161023_125110Na niedzielę razem z Tomkiem i jego żoną Elą zaplanowaliśmy jakąś wycieczkę. Padło na Skalne Miasto Osówka, bo nikt z nas tam nie był. Zwiedziłam już obiekt Włodarz i byłam w Gross Rosen, a te miejsca łączy jedna historia. Zatankowałam i czekałam na Tomka i Elę na pięknym parkingu, który pod galerią w Kłodzku, tuż przy drzwiach wymalowano. Bardzo fajny pomysł! Mieli małe spóźnienie, a mi strasznie zależało by zdążyć na zwiedzanie o 14, bo to gwarantowało, że do Wrocławia wrócę przed zmrokiem. Tomek tak się przejął, że jakiś diabeł w niego wstąpił i swoją „rakietą” CBR 250 z przestraszoną Elą na pokładzie, zaczął wyprzedzać jak szalony 🙂 Patrzyłam na to z niedowierzaniem, jednak sama zachowałam więcej ostrożności, bo wiedziałam, że i tak mam czym go dogonić. Uśmialiśmy się potem z tej sytuacji, ale wszystko się udało i zdążyliśmy na czas, a nawet załapaliśmy się na promocję biletów „Dolny Śląsk za pół ceny”.

Skalne Miasto Osówka to część kompleksu Riese, o budowie bardziej zaawansowanej, niż widziałam we Włodarzu. Skalne korytarze i sale były dużo większe. Jednak jakbym miała ocenić samą wycieczkę, to polecę Wam obiekt Włodarz. W Skalnym Mieście (nazwa też nijak się ma do rzeczywistości) przewodnik nie opowiadał zbyt ciekawie, jakoś monotonnie i od niechcenia. Nie jestem fanem historii i mój mózg nie przyjmuje w ten sposób podanych informacji. A historia potrafi zaciekawić, trzeba ją tylko ciekawie podać, co w wielu odwiedzonych przeze mnie miejscach się powiodło. Nie wrócę tam już i polecać też specjalnie nie będę (no chyba, że fanom historii).

p.s. Ostatnio udało mi się na wyprzedaży upolować komplet odzieży termoaktywnej Spaio i powiem Wam, że jest super. Fajnie trzyma ciepło i nie pozwala na trzymanie wilgoci. Często tak mam, że się zgrzeję w tych ciuchach motocyklowych na parkingu, a potem po mokrych plecach i T-shircie mi zimno. Z odzieżą termo nic takiego się nie dzieje, a jest tak wygodna, że się nie ma ochoty jej ściągać po powrocie do domu 🙂 . Przydała by się jeszcze taka wersja zimowa z wełną merino.

Opublikowano Wycieczki małe i duże | Otagowano | Skomentuj