Nie wiem co dalej, ale kombinuję :-)

Ostatni weekend nie był wycieczkowy, bo w sobotę pracowałam, a w niedzielę strasznie lało. Zrobiłam te 200 km z punktu A do B i nic poza tym. Uczyniłam też krok, by w jakikolwiek sposób wyratować Pomidora z opresji zdrowotnych i wystawiłam go na allegro (następnym razem postaram się o jajcarski opis, bo tym razem nie miałam weny):
http://allegro.pl/honda-vigor-dominator-fx650-r-2000-do-remontu
Jeżeli go sprzedam to dobrze, jeżeli nie – to jesienią pójdzie do remontu, a niestety tani on nie będzie.

Na eMTeku będę prawdopodobnie jeździć do końca miesiąca, a potem nie wiem co dalej… Zmieniam pracę i przyszłość to jedna, wielka niewiadoma, a w dodatku bez zdolności kredytowej (bo umowy na czas nieokreślony chwilowo brak).

20160823_103033Dzisiaj miałam okazję przymierzyć się do pewnego brzydala, który z boku strasznie mi się podoba, jednak z przodu jest nieco przerażający! Mowa o Ducati Multistrada 620. Leży mi idealnie na wysokość, wagowo i wizualnie – ale tylko z boku i tyłu haha. Właściciel zapewniał, że to bardzo fajny, wygodny sprzęt i z małym apetytem na paliwo. To co mnie powstrzymuje od dopisania go na kandydata na przyszły motocykl – to niska dostępność tego modelu w Polsce, a co za tym idzie i dostępność części poza drogim kanałem marki, jak i używanych.

Co przyniesie życie? Zobaczymy…

Opublikowano O czym myśli blondynka? | Skomentuj

Długi weekend był nieco za krótki…

Ostatni weekend minął mi jakoś szybko i dopiero końcówkę miał motocyklową. Uzbierała mi się kumulacja imprez i praktycznie od czwartku do soboty codziennie jakaś okazja. Zaczęło się od motocyklowego grilla w czwartek, potem „piąteczek” z Yamahą, sobotnie wesele na którym byłam osobą towarzyszącą, a na koniec 60-te urodziny mojego taty. To ssanie w żołądku na kaca – to już prawie uznawałam za stan normalny :-) . A jak w niedzielę rano coś nie wystąpiło, to normalnie poszłam na komisariat się zbadać, czy oby nadal nie mam promili haha. Okazało się jednak, że jestem czysta, a po prostu picie wina lepiej znoszę, niż innych trunków.

Na szczęście na poniedziałek wystąpiła perspektywa, że nieco pojeżdżę, więc piłam jedynie do 20-stej dnia poprzedniego. Miał mnie odwiedzić Maciek, którego już poznaliście we wcześniejszych wpisach – trzeci w tył właściciel mojego Pomidora, co go rozpoznał na moim blogu. On uwielbia motocykle i zawsze ma ich kilka, a obecnie to: Harleya 1200, Yamahę MT-01 i KTM Duke 390 (do mnie przyjechał tym pierwszym).

Powiem Wam, że nie jestem jakimś tam fanem Harleya, jednak jakość wykonania i ta surowość – powala na kolana. Dźwięk, drgania silnika i dopieszczenie w każdym detalu – niesamowite! Pozycja już nieco mniej mi odpowiada i nie za dobra jest dla mojej operowanej ręki. Ma 70 koni i (o dziwo) całkiem dobrze radzi sobie z krętymi zakrętami oraz świetnie się zbiera do wyprzedzania. Maciek to doświadczony motocyklista i bardzo dobrze mi się z nim jechało, drogą stu zakrętów do Kudowy, a następnie przez Zieleniec z powrotem do Kłodzka. Połowę jakoś gorzej się czułam, bo mój żołądek ssał z podwójną siłą, dopiero po obiadku koncentracja i radość z jazdy mi cudownie powróciła.

Na chwilę zatrzymaliśmy się na punkcie widokowym, to mam kilka fotek. Bo ogólnie to cały czas jeździliśmy, z przerwą na obiadek w Kudowie i kawkę w Polanicy. Musieliśmy nadrobić te lata znajomości jedynie wirtualnej :-) . Maciek przejechał się też moim eMTekiem i stwierdził, że zupełnie podobny jest do jego Duke’a mocą i zwinnością, choć wiadomo – dwa cylindry Yamahy to większa elastyczność i mniej mieszania biegami.

Przy wyjeździe z Polanicy był olbrzymi korek i wypadek, niestety leżał tam też motocykl pod samochodem! Straszny widok… obok kask i oderwany kufer. Nie wiem co z motocyklistą, bo już go tam nie było, ale nie wyglądało to dobrze i długo ten obraz w mojej głowie nie dawał mi spokoju. Moim zdaniem każdy ma ilość dni do przeżycia i rodzaj śmierci nie ma tu żadnego znaczenia (i tak nas dopadnie), jednak gdy umiera motocyklista serce boli mnie jakoś podwójnie…

Do Wrocławia wracałam już sama i bez większych przygód. Na stacji paliw, niechcący jakiś fan motocyklistek się napatoczył i umawiać się chciał na jeżdżenie, ale wyglądał tak, jakby jego impreza się jeszcze nie skończyła, więc nic z tego nie wyszło :-) .

Opublikowano Mam prawko | 1 komentarz

Czech Tourist Trophy 2016

Trochę jestem w tym tygodniu zaganiana, to tak na szybko napiszę Wam, że ostatnią niedzielę spędziłam w Czechach na miejskim wyścigu w Horicach, który tak bardzo spodobał mi się rok temu. Uwielbiam czeskie wyścigi, bo wtedy małe miasteczka zamieniają się w tor! Niesamowicie to wygląda! I te wory wypchane szmatami na zewnętrznej (ewentualnie materace szkolne na budynkach hehe), kibice biegnący z piwem do swoich ulubionych motocyklistów na okrążeniu pokazowym po wyścigu. Czeski ser smażony i kofola (choć ten pierwszy to tym razem nie był lekkostrawny hehe).

Niestety nie zrobiłam Wam wielu fotek, bo miałam jedynie komórkę, a ona w takim słońcu i przy tak ekspresowym przemieszczaniu się motocykli – nie dawała rady. Na początku z Emilem nieco się pogubiliśmy i jakimiś bocznymi uliczkami doszliśmy na strefę serwisową. Potem już na start i znaleźliśmy fajne miejscówki do oglądania, jak i poleżenia na trawce. Obyło się bez wypadków, a wrażenia wzrokowo-dźwiękowe dla fanów motocykli – niepowtarzalne! Jeszcze ok. 17 jechały sidecary i z zachwytem oglądaliśmy te ich wygibasy w wózkach, a skutek był taki, że do Wrocławia wracaliśmy już po zmroku (eMTek ma super światła długie!). Do domu dotarłam padnięta, ale szczęśliwa!

Opublikowano Wycieczki małe i duże, Zdjęcia | Otagowano | Skomentuj

Się kręcę po okolicy :-)

W ostatni weekend, a najbardziej w sobotę – kręciłam się po okolicy. Zajrzałam sobie na Kustom Konwent, który odbywał się w mrocznej hali, zamkniętej zajezdni tramwajowej. Motocykle custom, retro samochody, pin-up dziewczyny, tatuaże i sporo dzieł handmade – taki klimat ma to spotkanie.

Czy to mój klimat? Chyba nie do końca, choć mam i motocykl, i tatuaż, i lubię gotyku słuchać czasami :-) . Aczkolwiek myślę, że przyjdzie taki moment (zwany dojrzałością, czy też starością haha), kiedy dostojnie będę się bujać takim customem. Mam zamiar długo pisać tego bloga – to może i Wam będzie dane zostać świadkami takiej przemiany :-) .

Tymczasem mała galeria z Kustom Konwent 2016 we Wrocławiu:

Czasem się zastanawiam na ile motocykle są środkiem wyróżniania się z tłumu, a na ile pasją. Na ile chęcią zwrócenia na siebie uwagi, a na ile sposobem na pokazanie własnego stylu. Taki kontrast w przeciągu kilkunastu minut zaobserwowałam – motocykle custom i ich właściciele cudnie wystylizowani, a na światłach dwóch motocyklistów w wersji „zdrapka” na ścigaczach, którzy w oczekiwaniu na zielone światło strzelali sobie selfie. Jednak jedna i druga sytuacja trudna jest do zdefiniowania, co pasją jest, a co po prostu szpanem.

A ja się dalej bujam (jeszcze chwilę) na eMTeku, gdzie mnie poniesie. A poniosło mnie popołudniu na zlot w Bielawie. Bardzo fajna jest miejscówka tego zlotu, bo nad zalewem. Przy czym ta hałaśliwa część koncertowa jest na polanie, a nad wodą można się zrelaksować nieco spokojniej. Na przejażdżkę wyciągnęłam Magdę, bo dawno nie miałyśmy okazji pojeździć i pobyć sobie tylko we dwie. Nie zostałyśmy na noc, rozjechałyśmy się na koniec w przeciwległych kierunkach. A w niedzielę pogoda mi się nieco załamała i musiałam śledzić prognozy, by trafić w okienko pogodowe między burzami w rejonie.

Ostatnie dni przyniosły niestety wiele smutnych wieści o wypadkach motocyklistów. Dwóch kolegów z którymi miałam okazje jeździć wylądowało w szpitalu, a jeden z nich dzisiaj właśnie ma operację i obawiam się, że może mnie pobić z ilością śrubek w ręce :-/ . Sama miałam w weekend sytuację, że na czołówkę wyjechał mi samochód i nie miał jak wrócić na swój pas (jedno auto za drugim ciasno jechały), to zrobił mi miejsce przy poboczu, żebym go minęła na trzeciego. Popukałam w kask, żeby pokazać co o frajerze myślę, ale cieszę się, że tak się to skończyło…

Opublikowano O czym myśli blondynka?, Wycieczki małe i duże, Zdjęcia | Otagowano | 1 komentarz

Weekend z MT-07

Przez weekend miałam okazję polatać na MT-07. Po przesiadce z MT-03 był to mały szok, ale nie pozytywny i nie negatywny. Ten motocykl po prostu jest inny. Dużo mocniejszy, ale przy tym cięższy i trudniejszy w prowadzeniu. On błędów nie wybacza, przepałowanie zakrętu kończy się na sąsiednim pasie :-) . Nie ma już tej lekkości i podatności na korektę toru jazdy co MT-03. Przy rozsądnej jeździe pali ok. litr więcej od MT-03, a mocy ma wystarczająco dużo, by dać sobie radę i z pasażerem, i z bagażem.

Doszłam do wniosku, że dla mnie powinni wyprodukować MT-05 – byłby idealny!

Polatałam niedaleko Sobótki razem z Tomkiem i Elą, którzy też dostali na testy eMTeka. Fajne widoki i drogi na przyjemną przejażdżkę bliźniakami :-)

Opublikowano eMTek | 1 komentarz

Wielka Pętla Bieszczadzka i serpentynki w Załużu

Czwartek był ostatnim, moim pełnym dniem w Bieszczadach i strasznie go chciałam wykorzystać na chociaż kawałek Wielkiej Pętli Bieszczadzkiej. Czułam niedosyt, że nie byłam tam jeszcze i choć warto coś zostawić, by mieć pretekst do powrotu w to miejsce – to takie COŚ, by jednak było zbyt Wielkie :-) .

Niebo było nadal niepewne, ale rano pojechałam z Andrzejem do sąsiedniej miejscowości po klocki hamulcowe, bo mu się tylne skończyły. Udało się je nie tylko kupić, ale i wymienić na miejscu. I pocieszający był fakt, że pogoda była coraz lepsza!

W Myczkowiance zjedliśmy obiad i postanowiliśmy, że jednak spory kawałek tej pętli przejedziemy. Marcin miał dużo pracy, to tym razem nie mogliśmy liczyć na przewodnika, tylko na mapy. Jednak, gdy się już przygotowaliśmy do jazdy, ruch w gospodzie nieco zmalał i (ku naszej radości) Marcin postanowił, że jednak nas po górach oprowadzi. To o wiele wygodniejsza forma jazdy, bo on doskonale zna te drogi, sam obmyśla trasę i zwraca uwagę na niebezpieczeństwa (po deszczu w wielu miejscach był piach na zakrętach), przy czym dostosowuje tempo do całej grupy. Momentami kropiło, 3/4 dróg było mokrych, ale i tak było zajebiście!

Najpierw jechaliśmy wzdłuż jednego pasma gór, a przed sobą mieliśmy olbrzymie szczyty. Po chwili już się na nie wspinaliśmy! Praktycznie oprócz nas, nikogo tam nie było. Tylko my, cudne widoki i genialne zakręty! Po drodze zjeżdżaliśmy na punkty widokowe i tam właśnie zrobiłam najlepsze foto z tego wyjazdu:

20160714_184236

Marcin zabrał nas także do zagrody żubrów. I dalej na piękne, górskie serpentynki. Wróciliśmy tuż przed zmrokiem i okazało się, że łącznie zrobiliśmy 160 km! Można powiedzieć, że już byłam usatysfakcjonowana :-) . Potem chłopcy testowali mojego eMTeka i stwierdzili, że to taki motocykl „jakby w skuter wsadzić silnik odrzutowy” :-) . I właśnie ta lekkość, a jednocześnie przyśpieszenia najbardziej mi się w nim podobają.

Przy kolacji, jeden z czytelników mojego bloga napisał mi prywatną wiadomość (dzięki Grzesiek), że warto jeszcze zobaczyć trasę do Tyrawy Wołoskiej. Nie byłam przekonana, czy zdążymy jeszcze przed wyjazdem, ale jak zobaczyłam na mapie coś takiego:
DSC_0012

To przekonanie przyszło samo :-) . Pozostało mi przekonać Emila, z którym miałam wracać do Wrocławia (reszta ekipy zostawała tam na wakacjach dłużej), że zdążymy to przejechać jeszcze z rana, zanim ruszymy do Oświęcimia. Rano zmotywowana, szybko się spakowałam i byłam gotowa na ostatnią partię zakrętów. Po drodze, mijając Załuż, uświadomiłam sobie, że to jest trasa wyścigu górskiego z Mistrzostw Polski. Droga była piękna, gładka i szeroka, przy czym zakręty wyprofilowano tak, by nawet jadąc z górki – były jak najbardziej płaskie, choć kręte już jednak maksymalnie :-) . Cudnie się nimi jechało! Po drodze stanęliśmy na dwóch punktach widokowych, a jeden z nich był przy ruinach zamkowych. Kolejny zameczek odwiedziliśmy w Lesku.


20160715_104925

Po obiedzie przyszedł czas pożegnań i powrotu do domu. Do wieczora z Emilem mieliśmy dotrzeć do Oświęcimia. Udało się to szybciej, niż planowaliśmy, bo jazda w parze ze ścigaczem nieco odbiega od tempa turystycznego :-) . eMtek sprawdził się na bieszczadzkich zakrętach, ale i dał radę na synchronicznych wyprzedzaniach. Nie mam zastrzeżeń do tego motocykla!

Przez cały wyjazd cieszyłam się, że operowana ręka od nadmiaru jazdy mnie nie bolała. Jednak na koniec – to było zbyt wiele tych kilometrów i bolała tak bardzo, że nie ściągałam jej już z kierownicy w czasie chwilowego stania, bo trudno mi ją było z powrotem położyć. Gdy dojechaliśmy do Oświęcimia – byłam zajechana. Padłam w pokoju jak kłoda, a Emil poszedł „upolować” dla nas jakąś kolację. Kolejnego dnia kilometrów do przejechania było troszkę ponad 200, więc popołudniu obiadek już jadłam na wsi u rodziców. Do Wrocławia wróciłam w niedzielę.

To były najlepsze wakacje motocyklowe w moim życiu! Moi przyjaciele – dziękuję Wam za świetne towarzystwo, Myczkowiance dziękujemy za niesamowitą gościnność i poświęcenie w „zabawianiu gości” na bieszczadzkich zakrętach. Za udostępnienie motocykla, który mnie nigdy nie zawiódł – podziękowania dla Yamahy!

Pokonaliśmy 1600 km, przywieźliśmy jeszcze więcej pięknych wspomnień. Bieszczady! Jeszcze się zobaczymy :-) .

Opublikowano Bieszczady, eMTek | Otagowano , | Skomentuj

Pogoda w kratkę, ale frajda jest!

20160713_094833Środowy poranek jak zwykle zaczęliśmy od śniadanka na ogródku, połączonego z planowaniem na mapie kolejnych wojaży. Po pierwszej porcji zakrętów chciało się więcej i więcej! W planach pozostała Wielka Pętla Bieszczadzka i Góra Szybowcowa. W międzyczasie ustawiliśmy „instalację” z motocykli pod Myczkowianką.

Jednak koło 10-tej zaczęły do nas dobiegać niepokojące odgłosy grzmotów i z jednej strony nieba było już całkiem ciemno. Nikt z nas nie odważył się wyjechać, dopóki nie mieliśmy pewności, że chmury przemieszczają się w bok, a nie do nas. Wtedy pokręciliśmy się po okolicy, a następnie ruszyliśmy na cypelek jeziora w Jaworze. Zakręty znów były fajowe i widoki powalające. W połowie trasy okazało się jednak, że na rozstaju dróg zgubiliśmy Magdę, która została nieco w tyle. A potem tak jej szukaliśmy, że pojechaliśmy do tego Jawora, żeby się przekonać, że jej tam jednak nie ma :-) .

20160713_114104Jak już się odnaleźliśmy, okazało się, że Magda przypadkiem uszkodziła sobie oko rzepem z rękawa kurtki. Nie mogła dalej prowadzić i potrzebowała medycznej pomocy. Ustaliliśmy, że będziemy wracać w kilku turach, tak, żeby Magda została pasażerką, a jednocześnie wszystkie motocykle wróciły do bazy. Zadanie utrudniały nam nieco powracające co chwilę ulewy, jednak większość z nich przeczekaliśmy pod daszkiem na parkingu pola namiotowego. Historia z okiem skończyła się na pogotowiu, następnie u okulisty, a po podaniu leków wszystko się lepiej goiło. Po kilku dniach leczenia Magda mogła wrócić na motocykl.

20160713_144130Mimo powracających opadów długo nie usiedziałam na tyłku i popołudniu znów znaleźliśmy pretekst, by trochę pojeździć – wybraliśmy się na zakupy do Biedronki w Lesku. Oczywiście i tam złapała nas wielka ulewa, ale i ją przeczekaliśmy pod daszkiem na parkingu sklepu. Nocą burze wciąż i wciąż wracały, źle mi się spało, bo echo po górach tak niesie, że aż ciarki przechodzą…

Kolejny dzień w Bieszczadach znów stanął pod pogodowym znakiem zapytania. Po śniadaniu stwierdziliśmy, że przejdziemy się pieszo po okolicy. Marcin nakierował nas na małą traskę po zaporze, następnie schodami w lesie do kapliczki, potem na drogę krzyżową, gdzie po X stacji miała być tajemnicza dróżka, która doprowadzi nas do rzeki San. Nie zgubiliśmy się, a pierwsze deszcze w lesie nie zrobiły na nas żadnego wrażenia. Gorzej było po wyjściu na pola, gdzie ulewa dopiero się rozkręciła! Miałam kurtkę-wiatrówkę na głowę, ale letnie adidasy chlupały wodą wesoło :-) .

Jak dotarliśmy do tego Sanu, to okazało się, że trzeba przez niego się też przedostać, a niektóre kamienie są całkiem przykryte wodą. W sumie czy woda z rzeki, czy ta, co już w butach była – no co za różnica? No kolosalna :-) . Woda z rzeki była wściekle lodowata! (choć na szczęście płytka) Dobrze, że do Myczkowianki było już niedaleko. Mogłam się wygrzać pod prysznicem i założyć ciepłe skarpety.

Popołudniu oczywiście znów mnie nosiło, bo zostały już tylko 24 godziny naszego, planowanego pobytu w Bieszczadach, a został olbrzymi niedosyt, tych wszystkich dróg i zakrętów, co jeszcze są nie objechane. Czy pogoda pozwoliła nam na więcej? O tym w kolejnej części moich wakacyjnych wspomnień :-) .

Opublikowano Bieszczady, Wycieczki małe i duże | Skomentuj

Plażing przy Jeziorze Solińskim i Mała Pętla Bieszczadzka

Pora kontynuować bieszczadzką opowieść wakacyjną…
Poranek w Bieszczadach przywitał nas piękną pogodą, jednak prognozy na kolejne dni nie były już tak kolorowe. Postanowiliśmy, że tuż po śniadaniu pojedziemy nad Jezioro Solińskie. Marcin z Myczkowianki nakierował nas na bardziej odludne miejsce, bo niestety turystycznie jest to teren mocno oblegany. Aby się dostać na tą plażę musieliśmy pokonać dosyć stromą skarpę. Ale było warto, bo na początku było tam tylko parę osób, a w szczycie może z 15-stu plażowiczów.

Nie jestem fanem wody o nieznanej głębokości, a może fanem wody wcale nie jestem hehe (choć była przepiękna i czysta), więc wykorzystałam ten czas na łapanie opalenizny. Odkąd jestem motocyklistką to całe lato chodzę blada! Jakoś trudno jest opalić nogi w motocyklowych spodniach :-) . Przez chwilę ekipa wpadła na pomysł, by mnie zatopić, ale na szczęście im przeszło i skończyło się na małym spacerku w wodzie.

I tak na nic była ta orzeźwiająca kąpiel, jak potem przy 35 stopniach Celsjusza trzeba było się wspiąć z powrotem na parking i poubierać w motocyklowe ciuchy. Na ochłodę był prysznic i pyszne, ręcznie robione pierogi z jagodami na obiad. Po drodze wstąpiliśmy jeszcze na Soliński deptak i zaporę. Jednak tam już było dosyć tłumnie, a na straganach miejscowe wyroby mieszały się z totalną chińszczyzną.

Jak ruch obiadowy nieco zelżał, to Marcin mógł się nieco wyrwać z pracy i pokazać nam bieszczadzkie trasy motocyklowe. Już jadąc do Myczkowianki i Soliny – zakręty były fantastyczne, jednak nie przypuszczałam, że bieszczadzkie drogi mogą być jeszcze bardziej pokręcone!

Wyobraźcie sobie, że składacie się w zakręt, który wygląda na 180 stopni, jedziecie, jedziecie, a on się wcale nie kończy! Macie już wrażenie, że zatoczyliście koło, a dopiero wtedy droga się prostuje. Niesamowite zaskoczenie i fantastyczne uczucie! Było tak ze 3 razy i mnóstwo innych zakrętów, i ich sekwencji. Na postoju każdy z nas się cieszył, jak głupi do sera! To plac zabaw dla motocyklistów! :-) Przy czym asfalcik równy, czyściutki i przyczepny.

W tamtym momencie zakochałam się w Bieszczadach na amen! Marcin zawiózł nas także do kultowej Bieszczadzkiej Przystani Motocyklowej, gdzie przywitała nas jej właścicielka. I tuż przed zmrokiem wróciliśmy do Myczkowianki.

CDN

Opublikowano Bieszczady, eMTek, Wycieczki małe i duże | Otagowano , , , | Skomentuj

Myczkowianka wita nas!

Urlop, urlop i po urlopie… Z pół roku żyłam marzeniami o zdobywaniu Bieszczad, tydzień urlopu zleciał bardzo szybko i znów szara rzeczywistość. Zaraz, zaraz! Jaka szara!?? Mam głowę pełną wrażeń z cudnego urlopu i uśmiech od ucha do ucha! Warto było wybrać się w Bieszczady, zasmakować tych zakrętów, widoków i towarzystwa. To zdecydowanie mój najlepszy urlop motocyklowy do tej pory (liczę jeszcze na lepsze! :-) ) Sporo fotek umieściłam na facebooku, ale i tutaj, po kolei wszystko opiszę i zobrazuję.

20160710_122419Zaczynamy od pierwszych dwóch dni czyli wyjazdu w Bieszczady. Do pakowania się użyłam 70 litrowej torby, takiej zwykłej turystycznej. Motocykl należy do Yamahy, więc nie było sensu inwestować w kufry do niego. Torbę umieściłam na tylnym siodełku i unieruchomiłam dwoma gumami bagażowymi, i dwoma siatkami (pamiętajcie, że siatki mają różne wymiary, gdy kupujecie je na allegro – bo potem można się zdziwić :-) ). Zrezygnowałam z plecaka, bo w takiej torbie jest wygodniejsze zapinanie – wzdłuż, które pomaga w sytuacji, gdy trzeba coś znaleźć i szybko wyjąć. 70 litrów to sporo, więc nie musiałam się ograniczać z pakowaniem, a na koniec udało mi się jeszcze wcisnąć letnią kurtkę z siatki i rękawice letnie.

Muszę przyznać, że to była bardzo dobra decyzja, która ratowała mnie przez kolejne dwa dni okropnych upałów w trasie. Jeżeli kiedykolwiek chcecie podróżować w upałach, to taka kurtka ratuje życie! Serio, bo nic tak nie męczy (bynajmniej mnie) jak upał w kurtce z membraną, w której człowiek przy pewnej temperaturze czuje się jak w reklamówce. Szybko traci siły i koncentrację, a dalsza jazda staje się męczarnią. Nic takiego się nie stało, bo w trasie zmieniłam kurtki i jechałam w cudownym komforcie termicznym.

Wkurzało mnie jedynie oblężenie na drogach, bo jechaliśmy najszybszą trasą, czyli z Wrocławia przez Gliwice, Tychy i Kraków, a pierwszy nocleg zaplanowaliśmy w Oświęcimiu. Nie było pięknych widoków, serpentyn i pustych dróg, jedynie świadomość, że ta właśnie droga zaprowadzi nas do celu, gdzie to wszystko znajdziemy. Wyruszyliśmy wczesnym popołudniem i wieczorem do Oświęcimia dotarliśmy. Nasza ekipa liczyła: dwie motocyklistki (mnie i Magdę), trzech motocyklistów (Emila, Andrzeja i Pawła, aż z Olsztyna), i jedną pasażerkę – Asię. W Oświęcimiu towarzyszyła nam też Maja, która jednak nie mogła ruszyć z nami dalej, bo wzywały ją obowiązki przy organizacji wrocławskiej rundy MotoGymkhany.

Mieliśmy też w planie zwiedzanie głównej „atrakcji” Oświęcimia, jednak zabrakło nam na to, dosłownie pół godziny i postanowiliśmy, że przyjedziemy tam jeszcze raz w któryś weekend. Szczególnie, że dość fajnie trafiliśmy z noclegami „Pod Orzechem”, gdzie było tanio, czysto, z kuchnią i łazienką w pokoju oraz sklepem obok (i TV, bo akurat był finał piłki kopanej, a dla niektórych to widowisko „obowiązkowe” hehe). Reszta spędziła czas na pogaduchach przy piwku.

Andrzej miał jeszcze mały problem, bo przy parkowaniu zszczepiły się kufry z dwóch motocykli i jeden z nich stracił mocowanie. Potrzebne były nity i nitownica. Na szczęście miałam telefon do motocyklisty z grupy FreeOświęcim, który nakierował nas na Castoramę, a nitownicą poratował właściciel noclegowni i mogliśmy spokojnie ruszać rano w dalszą drogę. Bez większych przygód (no może nie licząc połamania ławki podczas obiadu w Jaśle hehe) osiągnęliśmy wieczorkiem upragniony cel i zameldowaliśmy się w Myczkowiance. Marcina „Obcego” – właściciela Myczkowianki poznałam na mojej wycieczce po zamkach opolskich. Jak to w gościnie u motocyklisty i jego rodzinki – lepiej trafić nie mogliśmy! Super klimat, świetne jedzenie i przewodnik gratis! :-) Ale o tym w kolejnym wpisie…

CDN

Opublikowano Bieszczady, eMTek, Wycieczki małe i duże | Otagowano , | Skomentuj

Ruszamy w Bieszczady!

Chwilę nie dawałam znaku życia, ale to przez to, że nie działo się nic wartego wzmianki. Ostatni weekend był motocyklowy, ale jedynie w celu przemieszczania się z punktu A do punktu B. I odkryłam, że przy dużym zmęczeniu pomaga mi śpiewanie w kasku piosenki: „Tę pszczółkę, którą tu widzicie, zowią Mają. Wszyscy Maję znają i kochają….” hehe . Obawiam się, że to już „głupawka” lekka była, ale do domu jakoś dojechałam :-) . Razem z nową pracą skończyły się czasy, kiedy mam jakiś czas dla siebie, a o pisaniu nie wspomnę… Może po sezonie sytuacja się nieco poprawi.

2016-07-09 17.30.51Ale już o tym nie myślę, bo mam tydzień urlopu i na 5 motocykli ruszamy w Bieszczady do „Myczkowianki”, gdzie zapraszał nas motocyklowy kolega. Pakowanie oczywiście było dramatyczne, bo dużo rzeczy chcę zabrać, ale śpimy pod dachem – to już nieco mniej klamotów do pakowania. Dzisiaj pokonamy trasę do Oświęcimia, a jutro nieco wiecęj kilometrów zostanie. Trzymajcie kciuki za powodzenie wyprawy i zapraszam na fejsa, gdzie coś z trasy będę pisać:
www.facebook.com/pamietnikmotocyklistki

p.s. A w czwartek poznałam swojego polskiego fana z Londynu, och ta sława :-) Pozdrowienia dla Marcina.

Opublikowano Bieszczady, eMTek, Wycieczki małe i duże | 2 komentarzy

American Cars Mania w Milczu

W sobotę po pracy postanowiłam z Emilem zobaczyć amerykańskie pojazdy na American Cars Manii w Miliczu. Upał był nieznośny! Niestety, żeby wyjechać do Milicza musieliśmy najpierw przebrnąć przez cały Wrocław. Może nie było dużego ruchu, ale nawet krótkie stanie na światłach w ciemnych ciuchach, gorącym słońcu z góry i jeszcze większym gorącu uderzającym z asfaltu – było wykańczające. Po wyjechaniu na trasę byłam już zupełnie od tego upału wypompowana. Dobrze, że się trzymałam motocykla, bo chyba bym spadła :-) . Prowadził Emil, więc po prostu kopiowałam, co robi on, bo mój mózg już był zagotowany. Nie znoszę upałów!

American Cars Mania odbywała się na wielkiej polanie bez odrobiny cienia, więc nie było szansy na ulgę. Ubrałam czapkę z daszkiem, ale już po godzinie strasznie zaczęła mnie boleć głowa. Udawało mi się nieco odwrócić uwagę od bólu, bo zgromadzone samochody były po prostu piękne! Moja pierwsza fascynacja motoryzacją w wieku 10-12 lat opierała się na kulcie Corvette, a tu mogłam zobaczyć każdą jej ewolucję. Potem mi to przeszło – podobały mi się jedynie rajdówki i inne auta stworzone do sportu, a tuning wizualny zaczęłam postrzegać jako szpanerstwo i zbędną próżność. Teraz wypośrodkowałam swoje poglądy i uznaję, że to też pasja :-) .

Popatrzcie na te cudeńka:

20160625_182712Kawa z lodem i lody (co niby miały być włoskie) na chwilę mnie ochłodziły, ale w mapach google zaczęłam szukać jakiegoś bajorka i na szczęście było tuż obok. Ochłodziliśmy się dosyć skutecznie w cieniu nad wodą i w końcu dało się żyć, a mój mózg zaczął od nowa kontaktować. Choć głowa nadal mnie bolała i uświadomiłam sobie, że to raczej z głodu, bo w te upały kompletnie zapomniałam o jedzeniu. Po upolowaniu kolacji na ryneczku, postanowiliśmy jeszcze pojechać na tajemniczą drogę rozdzielającą stawy milickie. Niestety na miejscu okazało się, że ta droga jest otwarta jedynie dla ruchu rowerowo-pieszego.

Wróciliśmy bardziej krętą drogą przez Żmigród, choć o gorszym asfalcie. Ale frajda z jazdy motocyklem wreszcie była, bo i temperatury stały się całkiem przyjemne.

Opublikowano Zdjęcia | Otagowano | 2 komentarzy

Moja pierwsza wizyta na torze

Nie miałam nigdy mocnego parcia, by jeździć motocyklem po torze. Dlaczego? Głównie dlatego, że nie jeżdżę szybko i nie mam potrzeby rywalizacji jakiejkolwiek. Po drugie to dla mnie duże przedsięwzięcie logistyczne, ponieważ moja operowana ręka może przetrwać dziennie ok. 300 kilometrów, a tory są oddalone od Wrocławia minimum 200 km. No i po trzecie – to spory wydatek, na który składa się: koszt jazdy z instruktorem (w tym korzystania z toru), koszt paliwa i przetransportowania motocykla. Za tą kasę to ja mam cały miesiąc weekendowych wycieczek.

Wielu moich znajomych z torów korzysta, ale są to motocykliści ze sportowymi maszynami, dla których to środowisko jest jak najbardziej naturalne. Ja się jakoś mogłam bez tego obyć, choć szkolenia na torze z techniki jazdy nieraz mnie kusiły.

20160618_094041Aż tu pewnego, pięknego dnia dowiedziałam się, że mogę na tor pojechać, ot tak – w DELEGACJĘ! :-) Znów przyjęłam to z lekkim niedowierzaniem (prawie jak to, że mogę latać MT-03) i od razu protestowałam, bo przecież to Tor Jastrząb, ok. 350 km od Wrocławia – nie było szans, żebym tam żywa na kołach dojechała :-) . Na szczęście sprawy się tak potoczyły, że 3 motocykle załadowaliśmy do busa i o 7 rano wyruszyliśmy na tor! Ja, nasz mechanik i właściciel OSK. Droga dość szybko minęła, bo tematów do rozmowy było sporo, a na miejscu zastaliśmy wcale niemałe stado eMTeków z całej Polski, bo dokładnie była to dla nich impreza zwana „MT Tour”.

Uśmiałam się, jak dostałam kultowy numer 46, choć kolega niemniej, jak dostał numer 69! Na początek usiedliśmy na trybunach na małe szkolenie z flag używanych na torze, a następnie swoje szalone umiejętności zaprezentował nam Stunter13, czyli Rafał Pasierbek we własnej osobie:

Foty: Yamaha

Następnie podzieleni na grupy mogliśmy dwukrotnie pojeździć wyznaczoną na torze trasą, która nie była zbytnio trudna. Grupy były przydzielone nieco na chybił trafił, bo przekrój umiejętności i pojemności eMTeków był pełen. Czego skutkiem była zabawna sytuacja, że ja kilku motocyklistów dublowałam dwa razy, a Ci najszybsi dublowali 2-3 razy mnie. Jak już widziałam w lusterkach tą szaloną zgraję, to robiłam im miejsce, żeby potem ćwiczyć sobie zakręty we własnym tempie. Bo właściwie na tym się skupiłam i chyba maksymalnie to 80 km/h tylko na prostych odcinkach jechałam. Nie mieszałam biegami, nie spinałam się – tylko miałam wielką frajdę z pokonywania zakrętów!

Śmiało mogę powiedzieć, że tylko po to jest mi potrzebny tor – do wypracowania sobie wzoru pokonania zakrętu i do większego wyczucia zachowania motocykla. Nie mam lęków przed wykładaniem się w zakrętach, nawet raz ostro przytarłam podnóżkiem (nie przestraszyłam się, ani nie zaburzyło to toru jazdy na szczęście), ale do „zamknięcia opon” jeszcze mi trochę brakuje :-) .

Na małym placu można było także poćwiczyć moto gymkhanę, a jak dobrze pamiętacie – to ten sport, który sprawił, że mam metalowy bark! Minęło już kilka lat i chyba lęki mi nieco zelżały – bo odważyłam się kilka razy pokonać tor z pachołkami i śmigałam po ósemce. Zdziwiłam się, że mam jeszcze, wyćwiczone przed laty, odruchy przeciwsiadu, popracować musiałam tylko nad równym gazem, bo mój eMTek jakiś nerwowy jest przy niskiej prędkości.

Po pysznym obiedzie i jazdach musieliśmy się już pakować, by o przyzwoitej porze wrócić do domu. Powrót miał ekscytujący przebieg, bo jakoś tak wyszło, że zagraliśmy w ruletkę paliwową. Zaskoczył nas brak stacji na długim odcinku trasy i dotarliśmy na CPN dosłownie z 0,5 litra w baku :-) . Każdy z nas przywiózł z toru nowe doświadczenia i jednocześnie nowe marzenia: o kolejnym wyjeździe (ja), o przyczepie na motocykle i motocyklu specjalnie na tor (chłopaki). Już kolejnego dnia odczułam, na ile wzrosła moja pewność siebie na eMTeku, kręcę go już 1000 wyżej i pewniej czuję się w zakrętach.

W niedziele natomiast wybraliśmy się na amatorski rajd szutrowy. Na terenie kopalni ścigały się samochody, jak i Yamahy YXZ1000 z Leszkiem Kuzajem, Michałem Kościuszko i Mariuszem Woźniczko za kierownicą. I powiem Wam, że widowisko było niesamowite! Po przejeździe tych „rydwanów szatana”, samochody prezentowały się już mizernie. Show na całej linii!

Opublikowano eMTek, Wycieczki małe i duże, Zdjęcia | Skomentuj