Długi weekend był nieco za krótki…

Ostatni weekend minął mi jakoś szybko i dopiero końcówkę miał motocyklową. Uzbierała mi się kumulacja imprez i praktycznie od czwartku do soboty codziennie jakaś okazja. Zaczęło się od motocyklowego grilla w czwartek, potem „piąteczek” z Yamahą, sobotnie wesele na którym byłam osobą towarzyszącą, a na koniec 60-te urodziny mojego taty. To ssanie w żołądku na kaca – to już prawie uznawałam za stan normalny 🙂 . A jak w niedzielę rano coś nie wystąpiło, to normalnie poszłam na komisariat się zbadać, czy oby nadal nie mam promili haha. Okazało się jednak, że jestem czysta, a po prostu picie wina lepiej znoszę, niż innych trunków.

Na szczęście na poniedziałek wystąpiła perspektywa, że nieco pojeżdżę, więc piłam jedynie do 20-stej dnia poprzedniego. Miał mnie odwiedzić Maciek, którego już poznaliście we wcześniejszych wpisach – trzeci w tył właściciel mojego Pomidora, co go rozpoznał na moim blogu. On uwielbia motocykle i zawsze ma ich kilka, a obecnie to: Harleya 1200, Yamahę MT-01 i KTM Duke 390 (do mnie przyjechał tym pierwszym).

Powiem Wam, że nie jestem jakimś tam fanem Harleya, jednak jakość wykonania i ta surowość – powala na kolana. Dźwięk, drgania silnika i dopieszczenie w każdym detalu – niesamowite! Pozycja już nieco mniej mi odpowiada i nie za dobra jest dla mojej operowanej ręki. Ma 70 koni i (o dziwo) całkiem dobrze radzi sobie z krętymi zakrętami oraz świetnie się zbiera do wyprzedzania. Maciek to doświadczony motocyklista i bardzo dobrze mi się z nim jechało, drogą stu zakrętów do Kudowy, a następnie przez Zieleniec z powrotem do Kłodzka. Połowę jakoś gorzej się czułam, bo mój żołądek ssał z podwójną siłą, dopiero po obiadku koncentracja i radość z jazdy mi cudownie powróciła.

Na chwilę zatrzymaliśmy się na punkcie widokowym, to mam kilka fotek. Bo ogólnie to cały czas jeździliśmy, z przerwą na obiadek w Kudowie i kawkę w Polanicy. Musieliśmy nadrobić te lata znajomości jedynie wirtualnej 🙂 . Maciek przejechał się też moim eMTekiem i stwierdził, że zupełnie podobny jest do jego Duke’a mocą i zwinnością, choć wiadomo – dwa cylindry Yamahy to większa elastyczność i mniej mieszania biegami.

Przy wyjeździe z Polanicy był olbrzymi korek i wypadek, niestety leżał tam też motocykl pod samochodem! Straszny widok… obok kask i oderwany kufer. Nie wiem co z motocyklistą, bo już go tam nie było, ale nie wyglądało to dobrze i długo ten obraz w mojej głowie nie dawał mi spokoju. Moim zdaniem każdy ma ilość dni do przeżycia i rodzaj śmierci nie ma tu żadnego znaczenia (i tak nas dopadnie), jednak gdy umiera motocyklista serce boli mnie jakoś podwójnie…

Do Wrocławia wracałam już sama i bez większych przygód. Na stacji paliw, niechcący jakiś fan motocyklistek się napatoczył i umawiać się chciał na jeżdżenie, ale wyglądał tak, jakby jego impreza się jeszcze nie skończyła, więc nic z tego nie wyszło 🙂 .

Facebook Comments
Ten wpis został opublikowany w kategorii Wycieczki małe i duże. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Długi weekend był nieco za krótki…

  1. pompowtryskiwacz pisze:

    Miło się czyta Twoje wpisy. 🙂 Będę tutaj częściej zaglądać. Pozdrawiam

Dodaj komentarz